Biegi w Szczawnicy-Wielka Prehyba-relacja Dominiki Banaszek

Biegi_w_Szczawnicy_logoMinął dokładnie rok od momentu kiedy w wielkiej euforii, jako świeżo upieczona Durbaszka przywitałam na mecie swojego małżonka, Niepokornego Mnicha, deklarując, że właśnie tutaj, nad Dunajcem, chciałabym mieć swój pierwszy raz z dystansem maratońskim. Zmierzyć się z Prehybą i poczuć się Wielką choć przez chwilę.
Mnich deklaracje przyjął, bez większego entuzjazmu, traktując być może jako kolejne postanowienie typu z tych noworocznych. Euforia minęła i ku mojemu zaskoczeniu myśl o powrocie do Szczawnicy wcale nie słabła.

I przyszedł ten dzień. Za nami ciężki tydzień, przed nami długa podróż, w górach powrót zimy, a w mojej głowie burza! Co taka osoba jak ja chce robić na maratonie górskim ?! 36 lat, żona, mama dwójki dzieci, „pracownik biurowym na pełnym etacie”. W wolnym czasie stara się zapanować nad codziennością. Biega, w przerwach. Podbiegi? trenuje co najwyżej na schodach warszawskiego metra spiesząc się z pracy do domu.
Bieganie nie jest moją pasją. Perfidnie wykorzystuje tę czynność, czerpiąc korzyści tylko dla siebie, złapania oddechu czy przesłuchania płyty. Po co mi więcej?!

Pojawia się szansa od organizatorów na zmianę dystansu na krótszy, w związku z ciężkimi warunkami na trasie. Czy z niej skorzystać? Rozsądek podpowiada TAK, doświadczeni ultrasi również :). Dlaczego odpowiedź nie jest oczywista? Być może bardziej od porażki i zejścia z trasy bałam się smaku kolejnego niezrealizowanego planu.

Gdy miałam już numer w ręku, wiedziałam, że co by się teraz nie wydarzyło, podjęłam dobrą decyzję. Z takim poczuciem zasnęłam.

Na start szłam w gronie przyjaciół, w tym tego najważniejszego, który spakował mi plecak na drogę, przyczepił numer startowy do paska i podzielił się ze mną swoim spokojem. Zanim padł strzał, przed startem panowała ożywiona atmosfera. Powitania z dawno niewidzianymi „biegowymi znajomymi”, wspólne pamiątkowe zdjęcia, porównanie sprzętowego przygotowania. W powietrzu czuć stres wymieszany z ekscytacją. Uwielbiam obserwować ludzi. Wiele razy przeżyłam to jako wierny kibic, pierwszy raz jestem wśród nich. Każdy miał swój cel do osiągnięcia. Jedni chcieli poprawić czas, inni sprawdzić formę z jaką zaczynają sezon czy zdobyć kolejne punkty do UTMB. A ja? Wtedy tego jeszcze do końca nie wiedziałam :).

Minęła 9.00, rozpoczęła się przygoda z Prehybą.
Na deptak nad Dunajcem wylał się kolorowy tłum, żegnany przez żony, mężów, dzieci, przyjaciół. Błyskały flesze, słychać było mieszkankę wołanych imion. Podejście pod górę zaczęło się jeszcze na asfalcie. Kiedy czołówka zawodników miała już dawno za sobą ten etap, większość z otaczających mnie osób znacznie zwolniła. Pierwsze 10 km upłynęło w zwartym szyku, gdzie na wąskiej ścieżce zabłoconego, żółtego szlaku, wszyscy przesuwali się jeden za drugim nie próbując wyprzedzać. Nie znałam nikogo z otaczającym mnie osób. Słyszałam rozmowy i dźwięk rozbryzgiwanego błota. Byłam spięta, czułam pierwsze zmęczenie i duże wątpliwości że to się uda.mgła
Z każdym krokiem w górę, błoto zamieniało się w śnieg i coraz więcej śniegu, a rozmowy cichły. Patrzyłam pod nogi obserwując wyraźniej zarysowany kolaż odciśniętych bieżników :).
Kiedy dotarłam do pierwszego punktu kontrolnego (Hala Przechyba, ok. 13,5 km) miałam wrażenie że przeniosłam się w czasie. Ośnieżone drzewa, schronisko we mgle, wolontariusze w ciepłych czapkach i rękawiczkach obsługujący punkt żywieniowy z ciepłą zupą i ćwiartkami pomarańczy. Wszystko razem wyglądało tak nierealnie… Nie potrzebowałam wiele. Wystarczyło, że pokonałam 1/ 4 trasy. Ruszyłam dalej.
Kolejna godzina były totalną terapią wyciszającą. Nie pamiętam kiedy ostatni raz udało mi się osiągnąć taki poziom spokoju. Przestałam patrzeć na zegarek. Zawodnicy rozproszyli się na tyle, że przez dłuższy czas byłam sama. Szlak stał się poziomy, a w zimowym zjawiskowym lesie panowała totalna cisza, przerywana spadającym z drzew śniegiem. Mój bieg był raczej truchtem. Przestałam się spieszyć.las
Nawet nie wiem kiedy znalazłam się na Radziejowej. Usłyszałam w tle, że teraz już tylko w dół bo zdobyliśmy najwyższy punkt. Jak bardzo ta osoba się myliła … 🙂
W dół było ostro, po śniegu, kapitulowały nawet najlepsze bieżniki, najlepszych butów sportowych :). Szlak miał ostre nachylenie i kamienie pokryte grubą warstwą śniegu. Drzewa jak dobrzy gospodarze, podawały swoje gałęzie. Współzawodnicy też próbowali sobie pomagać. Z każdym krokiem czuć było wyższą temperaturę i mokre podłoże. Zbliżałam się do drugiego punktu kontrolnego (Bacówka na Obidzy, ok. 23,5 km). Świadomość, że mam za sobą półmetek zadziałała jak zastrzyk świeżej energii. Pod schroniskiem rozpoznałam twarze z początku trasy. Spojrzałam na zegarek. Wszystko szło zgodnie z planem 🙂
Trzecia z czterech części trasy była przeprawą przez błotniste rozlewiska. Biegowy rytm został urozmaicony skokami w poszukiwaniu twardszego podłoża. Skóra stóp poczuła wodę i zimno. Na tym etapie samotność nie była pożądana :). W samą porę trasa znowu się zagęściła, wróciły rozmowy. Łącząc się w kilkuosobowe grupy, pokonywane były kolejne, mało przyjemne odcinki. błotoZaczęłam rozpoznawać miejsca z zeszłorocznego startu w Chyżej Durbaszce. Wysokie skałki…o tak bardzo dobrze je pamiętałam , tylko tym razem były mokre i śliskie a ja nie byłam po 8 tylko 25 km :).
Po wyjściu z lasu brakowało mi widoku panoramy Tatr, która działa lepiej niż żel sis 🙂 i tych łąk z pasącymi się owcami, które każdy zna z folderów szczawnickich biegów. W zamian było błoto, błoto, błoto, śnieżyca, niskie chmury. Była też ta myśl, której nie zapomnę, że dam radę !!! Wiedziałam że ostatni punkt kontrolny jest już w moim zasięgu, a tam już tylko 10 km do domu :).
Trasa już do końca była głównie walką o utrzymanie równowagi na rozdeptanym gliniastym błocie i mokrej trawie. Pełna koncentracja, żeby nie dopuścić do kontuzji. Kilka ostatnich stromych podejść po skałkach i zjazd z Szafranówki z asekuracją lin, na miarę Bear Grylls’a 🙂

Słyszałam już głosy z miasta, a błoto nie chciało mieć końca. Kiedy zobaczyłam szarą kostkę z wyznaczoną ścieżką rowerową, spadła na mnie lawina emocji powodująca ten dziwny ucisk w gardle. Spacerujący wzdłuż Dunajca turyści pomagali dobrym słowem. Ktoś przez mikrofon zapowiedział zbliżającą się kolejną anonimową zawodniczkę. Koniec.medal

7 godzin spędzonych z samą sobą, w pełnym skupieniu nad oddechem i utrzymaniem równowagi. Bezcenna terapia poznania siebie, oczyszczenia umysłu, warta każdego zakwaszonego mięśnia 😉

Wyniki biegusiem.pl:
80. Paulina Krawczak             05:21:53
81. Adam Banaszek                05:21:54
166. Jacek Polak                      06:00:42
335. Dominika Banaszek        07:09:30

Ukończyło 537 osób

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *