12. Półmaraton Warszawski oczami debiutanta – czyli biegowa wycieczka po stolicy Daniela Stonia

Logo_PZUPodczas rozmowy na mecie 12. PZU Półmaratonu Warszawskiego, Olsen powiedział do mnie – „To twój debiut ?, No to musi być i relacja”. Artur, skoro musi, to niech będzie, choć nie wiem czy ciężej było mi dobiec do mety, czy ciężej jest mi się zabrać za pisanie tej relacji. Artur, powiedziałeś, że może i Ty coś napiszesz. Także Olsen czekamy. 25 września 2016 roku, miałem przyjemność uczestniczyć w kibicowaniu podczas 38 PZU Maratonu Warszawskiego. Jakże ja zazdrościłem tym wszystkim biegnącym na królewskim dystansie, tej możliwości pobiegania po Warszawie. Tak im zazdrościłem, że z tej całej zazdrości postanowiłem zapisać się na troszkę krótszą „wycieczkę biegową po Warszawie” (cytat zaczerpnięty, od jak zawsze złotoustego, Sławka Charkota), czyli tzw. książęcy dystans inaczej zwany półmaratonem. I tak 182 dni po niezmiernie wzruszającym debiucie maratońskim naszego wspaniałego kolegi Kamila Rafelda, mnie, skromnemu chłopakowi z maleńkiej otulonej lasami wsi, zagubionej gdzieś w bezkresach lubelszczyzny, dane było na własnej skórze przekonać się, jak boli bieganie w Warszawie. Jednak może wszystko po kolei.
             Noc z 25 na 26 nie dość, że skrócona o godzinę, to na dodatek przespana na półśnie, choć wcale się nie stresowałem tym, co miało mnie wkrótce czekać. O 4:52 z mary sennej wyrwał mnie dzwonek telefonu, to nieoceniony Michał Maciąg postanowił spełnić moją prośbę i zabawił się w zegarynkę. Michał dziękuję Ci za to bardzo, choć mogłeś poczekać do tej 5:00 :). Po pobudce szybkie lekkie śniadanie, pakowanie reszty rzeczy i wychodzimy, by udać się na miejsce zbiórki. Wtem o 5:53 rozlega się dzwonek mojego telefonu, to dzwoni Sebastian Bukowski i mówi – „słuchaj, zaspałem, będę tak o 6:10.
          W końcu szczęśliwie docieramy pod rycką pływalnie, tam już czekają na nas: Danusia, Kornelia, Kamil, Michał i Sławek, za chwilę dojeżdżają Łukasz i Emilia, a o 6:10 jak powiedział dociera do nas Sebastian i możemy wyruszać na podbój stolicy. Pilotowani przez prowadzącą naszą karawanę Danusię, szczęśliwie docieramy do celu. Jak się okazało, udało nam się zaparkować w naszej zielonej strefie startowej. Po jakimś czasie dołączyli do nas Sebastian i Ewa, oraz Grzesiek, Artur, Jacek, Dagmara i Łukasz (tak jak Łukasz sobie życzyłeś 12 lutego w Lublinie, wspomniałem o Tobie w mojej relacji :)).
           Z racji tego, iż mieliśmy jeszcze dużo wolnego czasu, więc udaliśmy się na krótki spacer po okolicach startu, a o 9:20 zebraliśmy się pod fontanną w Ogrodzie Saskim, w celu popełnienia zbiorowej fotografii pamiątkowej, po której nastąpiło rozdawanie kopniaków szczęścia i powodzenia od mojej kochanej żony, oraz wielce motywująca rozmowa odbyta z Kamilem, który podszedł do mnie, wskazał na swoją koszulkę z mottem „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą” i powiedział – „Danielu, pamiętaj o tym”.
Tak podbudowany i zmotywowany, udałem się wspólnie z Łukaszem, Jackiem i Dagmarą, do naszej zielonej strefy startowej. Jeszcze szybka wizyta w zielonej kabinie, odpalanie GPS-a i czekamy na start. Z oddali słychać „Sen o Warszawie”, a o godzinie 10:00 dobiega nas odgłos wystrzału i jeśli wierząc słowom spikera, nastąpił start elity. Nam udało się wreszcie dotrzeć do linii startu po około 30 minutach, od startu pierwszych biegaczy. Z tą linią startu to też zresztą jest ciekawie, bo najpierw mija się linie mety, a dopiero po paru metrach jest linia startu (choć akurat mi nie udało się zauważyć tej całej linii startu), ciężko być debiutantem, ciągle coś nowego człowieka spotyka, a jeszcze nawet nie zdążyło się na dobre wystartować. Z tego wszystkiego zegarek odpaliłem dopiero w momencie kiedy zobaczyłem flagę oznaczającą 1 km, a w między czasie całkiem nieświadomie udało mi się zrobić psikusa Dagmarze, kiedy dogoniłem ją i krzyknąłem do niej – „nie pędź tak, bo start jest dalej”, kurde ja naprawdę myślałem, że jeszcze nie wystartowaliśmy.
No dobra, to jednak już się zaczęło i na dodatek przebiegliśmy już ponad kilometr.
Mam nadzieję, że nie dałem się ponieść ułańskiej fantazji i pędzącemu obok mnie tłumowi ludzi i nie zacząłem za ostro, bo jako debiutant zmuszony byłem opierać się na wiedzy spisanej, która głosiła żeby na początku biec wolniejszym tempem. Przy Pałacu Prezydenckim przywitała nas pierwsza miła niespodzianka, czyli Orkiestra Reprezentacyjna Policji, znając Sławka to z pewnością łza mu się w oku zakręciła kiedy koło nich przebiegał. Kolejne kilometry mijały mi na spokojnym biegu i obserwowaniu najbliższego otoczenia. Nareszcie dotarliśmy do zbiegu na ulicy Belwederskiej, gdzie można było z błogością poddać się swobodnemu zbieganiu w dół, błogość zbiegu dopełniona została blaskiem wiosennego słoneczka, które wyszło zza chmur i już towarzyszyło nam do samej mety. Błogość ma była tak wielka, że nawet widok ponurego gmachu ambasady Rosji, czy przyczepy kempingowej
KOD-u, nie były wstanie jej zakłócić. Nawet rozwiązana, już drugi raz sznurówka, z którą tak biegłem już od 2 km, nie była mi przeszkodą w nieustannym parciu do przodu, do tej upragnionej mety. Choć dzięki tej rozwiązanej sznurówce dane mi było doświadczyć troski innych biegaczy, którzy co jakiś czas zwracali mi na to moją uwagę i choć miałem zamiar dobiec w ten sposób do pierwszego wodopoju, to po interwencji Kasi Łabędzkiej poddałem się i zrobiłem pit stopa w celu jej zawiązania, żeby mnie już ludzie przestali zaczepiać :).

          W dobrym nastroju dobiegam do bramy Parku Łazienkowskiego i jakież było moje zdziwienie, kiedy w tej bramie widzę umundurowanego strażnika, który do środka wpuszcza tylko spoconych ludzi w legginsach. Wbiegam do parku i myślę sobie, kurde jaki czad, od dawna marzyłem, żeby sobie pobiegać w tym parku i oto jestem. Z racji wąskiej alejki parkowej zrobiło się dość ciasno i trudno było utrzymać równe tempo biegu. W parku dogoniła mnie właśnie Kasia Łabędzka i poza wspomnianą sznurówką, zapytała się mnie na ile biegnę, a ja jej na to, że na 21, na co ona ze zdziwioną miną „ – na 2:10 biegniesz ?”. Patrzę na nią, a w głowie następuję połączenie jej zdziwionej miny i słów 2:10, po czym następuje erupcja całego intelektu, na który w tym momencie mogłem się zdobyć i już wiem, że pytanie było o czas a nie dystans.
Więc zgodnie z prawdą odpowiadam, że byle dobiec do mety w limicie czasu. Jeszcze krótka wymiana życzeń powodzenia i Kaśka pędzi do przodu, a ja znowu pozostaje sam ze swoimi słabościami.
        Za Parkiem Łazienkowskim usytuowany był pierwszy wodopój, gdzie uśmiechnięci wolontariusze starali się nas przekonać, żeby to właśnie od nich wziąć kubek z piciem. Także króciutki postój na łyk czegoś mokrego, pozdrowienia od dumnego Jana III Sobieskiego i dalej do przodu. Po chwili moim oczom ukazuje się stadion Legii. Skręcamy w aleje Józefa Nojiego biegnącą wzdłuż kanałku, którego dumna nazwa, to: Kanał Piaseczyński, po drugiej jego stronie dostrzegam Dagmarę i Łukasza, co uświadamia mi, że mój czas delikatnie mówiąc jest do bani. No ale cóż, jakie treningi, taki czas.
W pobliżu pomnika Kazimierza Deyny zlokalizowany był punkt kibicowania, na którym garstka wytrwałych kibiców wspólnie z jakąś kapelą, dodawali nam sił, do dalszego biegu. Szkoda, że takich punktów nie ma co kilometr, bo w jakiś magiczny sposób sprawiają u mnie przypływ nowych mocy biegowych.
Za punktem kibica następuje nawrót i znów biegniemy wzdłuż kanałku, tyle że już alejką noszącą imię naszego m.in. złotego medalisty olimpijskiego z Los Angeles w biegu na 10 km, Janusza Kusocińskiego. Widok stadionu wojskowych, przywołuje wspomnienia z meczu ligi europy pomiędzy Legią Warszawa a SC Lokeren, rozegranego 18 września 2014 roku, który niestety zakończył się wynikiem 1:1. Z tych miłych wspomnień, wyrywają mnie dźwięki utworu „Magic symphony” C-boola i od razu głowa zapomina o coraz cięższych nogach, dzięki czemu z dużą werwą wpadam na ulicę Myśliwiecką, gdzie swoją siedzibę ma Radiowa Trójka. Chyba każdy z mojego pokolenia w czasach szczenięctwa, co piątek o godzinie 19:00 zasiadał przy swoim „Kasprzaku” bądź innym kaseciaku, by móc nagrywać ówczesne hity zagranicznych jak również i polskich wykonawców. Nawet sobie człowiek wtedy nie zdawał z tego sprawy, że już od młodych lat było się piratem.
         Z Myśliwieckiej wbiegamy w ulicę Rozbrat, następnie ulicami Ludną, Solec, Dobrą, docieramy do mostu Świętokrzyskiego, gdzie wita nas ze swojego cokołu Syrenka, oraz grupa zapaleńców z Sport Guru Bieganie I Triathlon I Rowery, zaś na końcu mostu kolejna niespodzianka, bo oto moim oczom ukazuje się ogromna panda i chyba nie byłbym sobą, gdybym nie przybił z nią piątki.
Lecimy dalej, mijamy PGE Narodowy i pędzimy do kolejnego wodopoju, na którym podobno mieli dawać jakieś magiczne tabletki mocy, ale ja takowych po dotarciu do celu nie znalazłem i trzeba było się zadowolić bananem i izotonikiem.
Ciężko i mozolnie mijają kolejne kilometry, ale z uporem maniaka prę w kierunku mety.
Mój upór zostaje wystawiony na próbę, w momencie kiedy czuję, że w każdej chwili moja lewa łydka ma chęć sprawić mi psikusa w postaci nagłego skurczu. Do tego niewiadomo skąd dochodzi jeszcze ból w lewej stopie. W sumie to nie jest tak źle myślę sobie, bo przecież prawą nogę mam nadal sprawną, więc jakby co, to choć na jednej nodze, ale dociągnę do końca.
Wreszcie na ostatnim wodopoju udaje mi się znaleźć pojemnik z tabletkami mocy,
które w moim przypadku musiały być przeterminowane albo co, bo choć wciągnąłem aż trzy, to nie poczułem żadnej poprawy. Choć biegnący obok mnie współzawodnik, zapewniał swojego towarzysza, że po tym poczuje się od razu lepiej.
Zaraz za wodopojem na środku ulicy stał starszy pan z gwizdkiem i starał się nas wspomóc swoim dopingiem. Aby mu się odwdzięczyć za to, że chce mu się tak stać i dopingować takich maruderów, zmieniam kierunek biegu w jego stronę, żeby przybić z nim piątkę, na co on robi kilka kroków żeby przybliżyć się do mnie, przybija mi piątkę i strofuje mnie tymi słowami: „nie nadrabiaj niepotrzebnie kilometrów”.
Od tego momentu do mety pozostało nam tylko i aż 2 kilometry. Ciągłe napięcie w lewej łydce hamuje mnie przed przyśpieszeniem, ale i tak udaje mi się wyprzedzić jeszcze parę osób. Wszystko byłoby pięknie i ładnie, gdyby nagle na Placu Krasińskich asfalt nie przemienił się w bruk, co strasznie nie spodobało się mojej lewej stopie. Myślę sobie, co za masochista wymyślił, żeby końcówkę półmaratonu poprowadzić po bruku. Na moje szczęście bruk dość szybko się skończył i pojawił się tzw. asfalt, dzięki czemu dalszy bieg stał się znośniejszy.
Nareszcie skręcam z Miodowej w Senatorską i już widzę upragnioną metę. Wyciągam
z kieszeni i rozpościeram biegusiową flagę (w końcu musi być chwila na lokowanie produktu). Z lewej i prawej strony duża liczba wiwatujących kibiców (miło z ich strony, że chciało im się poczekać na tych z końcówki i dopingować do końca), meta już jest tuż tuż i nagle kątem oka widzę, że ktoś chce mnie wyprzedzić – „o nie, nie ma takiej opcji” coś krzyczy w mojej głowie i nie bacząc na czający się skurcz, wyciskam z siebie resztki sił, które wystarczają aby nie dać się wyprzedzić i w końcu szczęśliwy przekraczam linię mety.
Potem to już tylko odebranie medalu, gratulacji od mojej najwierniejszej kibicki,
czyli ukochanej żony, oraz kolegów i koleżanek z biegusiem.pl, no i konsumpcja paskudnej pomidorówki. W Lublinie po dyszkach lepiej karmią, niż w tej Warszawie po takim wysiłku. Ale jak to powiedział Olsen – „nie licz na to, że w Warszawie na biegu dobrze zjesz”.
Podsumowując. Mój czas, tzn. moja „życiówka” (pozwólcie, że go tu nie wspomnę i niech okryje go mgiełka wstydu), cytując naszą biegusiową blogerkę Ruda biega, „dupy nie urywa”
i nie mogę być zadowolony ze swojego półmaratońskiego debiutu, to jednak udział w półmaratonie był dla mnie świetną lekcją, dzięki której już wiem, że bez gruntownego przygotowania, nie ma co się zabierać za takie dystanse i choć do tej pory zadowolenie wywoływał u mnie sam fakt przebiegnięcia danego dystansu, to tym razem doszedłem do wniosku, że za następny półmaraton wezmę się, jak będę do tego dobrze przygotowany. Także Prezesie, miałeś Pan rację mówiąc „Na cholerę wy te kilometry narzucacie”. Weźcie się lepiej za poprawianie na 5 czy 10 km, a dopiero potem półmaratony biegać.” Mimo wszystko było warto pobiec, bo dzięki temu zdobyłem bezcenne doświadczenie, bo żadne opowieści ani słowo pisane, nie dałoby mi tej wiedzy, którą zdobyłem
26 marca 2017 roku.

Wyniki biegusiem.pl:
269. Artur Olek                    1.23.13
391. Paweł Filipek                1.24.45
477. Adam Banaszek           1.26.23
854. Grzegorz Walasek        1.29.54
1647. Sławomir Charkot      1.36.50
2759. Sebastian Iwanek      1.41.39
3484. Sebastian Saniewski 1.44.43
5318. Aleksandra Gębal      1.51.44
5599. Robert Kępka             1.52.47
5719. Krzysztof Kostyra       1.53.09
5791. Sebastian Bukowski   1.53.23
5842. Kamil Rafeld               1.53.34
7919. Emil Walasek              2.01.14
8720. Danuta Stępnicka       2.05.11
9022. Jacek Popiołek             2.06.49
9367. Rafał Biłos                   2.08.48
9420. Kamil Pyśk                  2.09.05
10349. Kornelia Wąsik         2.15.25
10516. Tomasz Myśliński     2.16.49
10765. Katarzyna Łabędzka 02.19.04
10787. Joanna Ziń                 2.20.33
11188. Dagmara Timoszuk  2.24.07
11338. Łukasz Jurkowski       2.25.54
11976. Daniel Stoń                2.41.03
12006. Paweł Ślęzak              2.42.21
17523246_1339320142801028_2903785655073039680_n  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *