Do biegania dorastamy powoli

butyIlu biegaczy tyle powodów dla których uprawiamy tę jakże wspaniałą dyscyplinę. Ale zanim założymy buty biegowe to każdy musiał dorosnąć do decyzji, by te buty w końcu włożyć… a to trochę trwało. Częstym sprzymierzeńcem była pogoda, bo za zimno, mokro, gorąco. „Przeziębię się, spocę niemiłosiernie, zmoknę i katar gotowy„. Innym powodem bywali sąsiedzi, bo „co o mnie pomyślą?”. Na szczęście ten argument można już odłożyć do lamusa, bo co raz więcej osób biega i nikogo „latający” nie dziwi. Jednakże najczęstszym motywatorem ruszenia tyłka z kanapy bywa waga, bo w końcu docierało do człowieka, że zaczyna wyglądać jak beczka, na którą próbuje włożyć co raz bardziej przyciasne spodnie. No i ruszamy się… i nic! Waga stoi w miejscu a nas zalewają siódme poty na trasie biegowej. A my po prostu zaczynamy budować zaniedbane mięśnie które zastępują nadmiar tłuszczu. Po kilku tygodniach, o ile nie złożymy broni, zaczynamy dostrzegać efekty naszego wysiłku. Waga zaczyna POWOLI lecieć w dół, sen się poprawia, a świat wydaje się jakby bardziej kolorowy i mniej stresujący. Kto palił to może rzuci papierochy bo bieganie jest wielkim sprzymierzeńcem silnej woli. wagaMając rodzinę i pracę biegacz staje się bardziej zorganizowany, bo jakoś trening trzeba upchnąć pomiędzy obowiązkami i to tak, by najbliżsi nie narzekali. I co dalej? Kolejnym etapem „dorastania” jest zadawanie sobie pytania: „Biegam, to może gdzieś wystartuję?„. Najlepiej jest zacząć skromnie – powiedzmy od biegu kilkukilometrowego, a nie porywanie się z motyką na słońce, czyli maraton. No i pierwsza piątka, dyszka zaliczona i co dalej? „Kurcze, a może bym sobie poprawił czas na dyszkę?” – kombinuje Kowalski. Myśl słuszna, bo ukierunkowuje nasze przebieranie nogami i zwiększa motywację. No i Kowalski poprawia. Biega już rok i w końcu dojrzewa do połówki, nie okowity, ale półmaratonu. Waga już oscyluje koło idealnego BMI (określenie stosunku wagi do wzrostu), więc stawy wytrzymają i doniosą do mety, nie wspominając, że kręgosłup jest mniej obciążony i podatny na urazy. Biegnie połówkę i jest szczęśliwy, że ukończył, że był fajny doping na trasie, no i dał radę. Po jakimś czasie poprawia życiówkę i w końcu pozostaje jedno: MARATON. Szpera w kalendarzu i jest, termin odpowiedni na przygotowanie się oraz blisko, nie trzeba się tłuc pociągiem przez całą Polskę. Biegnie, kończy, pełnia szczęścia jakiej nie zaznał nigdy po ukończeniu tego morderczego dystansu. Pozostaje wyznaczyć sobie kolejny start, no i poprawić życiówkę. Poprawia. Co dalej? Być może jeszcze urwie jeszcze coś z wyniku a może nie. Bo życie cały czas szykuje nam niespodzianki – nie tylko te miłe, w pewnym momencie może pojawić się kontuzja i misterny plan treningowy legnie w gruzach. Ale nie bądźmy czarnowidzami, bo znowu zaczniemy dojrzewać do czegoś innego, może ULTRA. Pośród znajomych, parę razy padło Bieg Rzeźnika, czyli duuużo kilometrów po Bieszczadach. Nie powiem, kusi mnie ta perspektywa, ale bardziej w tym momencie chcę urwać coś z życiówki w maratonie. Oczywiście zmaganie z wagą to proces ciągły, wszak trenujemy ciężko i każdy lubi sobie coś podjeść. Ja przed kolejnym jesiennym maratonem chcę oddać naturze kilka kilo, bo nie dość, że biega się lżej, ale i trochę szybciej. I tak w kółko Macieju. Jak mi się uda to zobaczymy do czego zacznę dorastać po starcie… A może z racji zbliżającej się kolejnej edycji RUN FOR RYKI 4, włożysz buty biegowe i dorośniesz do startu na pięć kilometrów?

4 myśli nt. „Do biegania dorastamy powoli

  1. Bartek

    Prawdziwa historia 🙂
    Odniosę się do zdania o biegu Rzeźnika, jak ktoś chce w przyszłym roku myśli startować, ale nie może znaleźć pary, to jest jeden chętny ;P

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *