Siew i orka – czyli wraz ze spadającymi liśćmi…

Kosmaty w niecodziennej pozycji horyzontalnej ;)

Wraz ze spadającymi liśćmi jesiennymi, my także powinniśmy spaść z kanapy i wypuścić pilota z ręki, a tym samym zakończyć bardzo męczący okres roztrenowania. Wszak za nami mniej lub bardziej udane starty w maratonach, połówkach itp., więc należało parę tygodni poświęcić na regenerację, ale teraz już czas wziąć dupę w troki i zacząć kolejny sezon treningowy.

Autor tego artykułu także trochę się poobijał po maratonie wrocławskim, który wypadł w połowie września, więc okres lenistwa wypadł dosyć wcześnie i co za tym idzie dość wcześnie kolejny sezon latania zaczął. Od kilku tygodni zaprawiam się w lesie (niekoniecznie w poszukiwaniu gąsek czy opieniek), czyli biegam po krosie. Dla przypomnienia, kros to środek treningowy, który realizuje się na bardzo zróżnicowanym terenie, zarówno patrząc na konfigurację jak i podłoże. Idealny pod tym względem jest las. Im więcej podbiegów, zbiegów, „siodeł”, no i parę prostych kawałków, tym lepiej dla naszej przyszłej formy, techniki biegu no i pułapu tlenowego. Kilka pierwszych treningów biegałem pasywnie, czyli nie atakowałem podbiegów a zbiegi „robiły się same”. Grawitacja odwalała całą robotę. Po dwóch, trzech tygodniach (przy dwóch treningach krosowych w tygodniu) przeszedłem do krosu aktywnego, czyli narzędzia z górnej półki treningowej, mocno dającego w kość, ale sukcesywnie podnoszącego naszą wydolność. Zasada jest prosta: atakujemy podbiegi, a zbiegi lecimy żywo. Proste? Żeby było ciekawej i nie tak monotonnie, wraz z czasem na trasie delikatnie urywamy sekundy, czyli spokojnie przyspieszamy, by ostatnie minuty skończyć na „ostatnich nogach”. Koniec treningu to często tętno przekraczające 90 % mocy (takie powinno być), czyli w moim przypadku ponad 180 bpm (w moim wieku moje HR max powinno oscylować na wysokości 183, ale poprzez regularny trening udało mi się na zawodach sierpniowych rozpędzić serducho do 190 uderzeń i taką wartość przyjmuję za maksymalną). Ja mam swoją kilometrową pętelkę niecałe 2 km od domu, więc dystans jest idealny, bo mam porządną rozgrzewkę i schłodzenie po treningu zapewnione. Zarówno kros pasywny i aktywny to trening od 40 do 55 minut, czyli w tygodniu robimy np. 40 minut krosu pasywnego (wtorek, środa) a np. w sobotę będzie to już 50-55 minut. Na marginesie dodam, że ja wprowadziłem pewną modyfikację do swojego planu treningowego, gdyż oba krosy realizuję po 55 – 60 minut (po prostu czuję, że mój organizm tego chce i dobrze mu to służy). Co z tego wyjdzie czas pokaże.

Wielu trenerów okres jesienno-zimowy nazywa „orką” i muszę przyznać, że nazwa jest trafiona. Z treningu na trening nogi lepiej niosą, a sama realizacja jednostki w tak przyjaznym biegaczowi terenie daje dużo radości. Faktem jest, że trening po krosie jest bardzo ciężki i męczący, ale tuż po połowie dystansu (przynajmniej u mnie) zaczyna się zabawa z endorfinami. Dla przypomnienia, jest to hormon szczęścia, mówiąc oględnie. A bardziej naukowo to grupa hormonów peptydowych, czyli organiczne związki chemiczne pochodzenia białkowego, za których wytwarzanie odpowiedzialne są obszary w mózgu wpływające na uczucia i odczuwanie, oraz rdzeń kręgowy, w mniejszym stopniu przysadka mózgowa (ależ zakrzaczona terminologia). Generalnie buzia się cieszy. W takim momencie nogi właściwie same niosą, nawet nie muszę się myślowo wysilać, by utrzymać intensywność. Skupiam się jedynie na podkręceniu ostatnich trzech kilometrów do granicy zdrowego zakwaszenia, czyli nogi już mają w dupie bieganie, jedynie mózg (nakręcony endo) daje im kopa by nadal leciały. Proste jak drut i prosta konkluzja, nasuwająca się po moim krótkim wywodzie teoretycznym, jest taka: z treningu na trening krosowy Wasza wydolność będzie wzrastać. Poziom tlenowy podniesie się; technika biegu będzie mniej człapiąca a bardziej zasuwająca; psychika wzmocni się do tego stopnia, że byle duperel nie wytrąci Was z równowagi (tym bardziej jakiś wredny typ albo finisz zawodów) a na zmęczone mięśnie (czyli zwiększające się zakwaszenie) mniej będziecie zwracać uwagę. Tylko tyle i aż tyle. I tak przygotowani możecie rozpocząć następny Ważny Epizod Treningowy…

Po okresie krosowym zaczyna się kolejny etap wtajemniczenia, czyli realizujemy Siew… są to biegi ciągłe w tempie nieco szybszym niż tempo naszego wymarzonego maratonu… ale o tym za chwilę, czyli po Bożym Narodzeniu…

Grzegorz „Kosmaty” Kosmala

PS… Pamiętaj, że Kosmaty jest amatorem, który biega ósmy rok, a jego przemyślenia treningowe są jego życiowym doświadczeniem, czyli widzi mi się… 😉

11 myśli nt. „Siew i orka – czyli wraz ze spadającymi liśćmi…

  1. olsen

    ..cholerka Grzesiu-jak „czytać” Twoją fotkę? hehe-odjazdowa ..nie mogę lol
    Fajny tekst 🙂 Zapierniczasz po lesie jak traktorek przy orce pola 🙂

    Odpowiedz
  2. Kosmaty Autor wpisu

    Fotka nawiązuje do początku tekstu: „Wraz ze spadającymi liśćmi jesiennymi, my także powinniśmy spaść z kanapy i wypuścić pilota z ręki, a tym samym zakończyć bardzo męczący okres roztrenowania”. Lubię dorzucić trochę humoru a, że nie mogłem znaleźć odpowiedniej fotki więc poprosiłem córkę o pomoc i gotowe 🙂 Wstępnie planuję krosy ganiać do świąt ale jak będzie jakaś obsuwa w planie treningowym to ten okres przedłużę…

    Odpowiedz
  3. olsen

    Grzesiek wiem wiem-śmieje się tylko z tej foty-ale mam polewke hehe.
    Ja natomiast chciałbym zacząć ganiać krosy od początku grudnia, bo to ostatni dzwonek. Dziś zamówiłem opaskę uciskową nad kolano-zobaczymy jak to będzie. Parę razy poganiam kontrolnie i chciałbym wskoczyć na krosy. Jak będzie mi noga doskwierać to chyba odpuszczę maraton wiosenny…odpukać w niemalowane…

    Odpowiedz
  4. olsen

    Do mnie to będzie musiał przychodzić codziennie i czyścić moje miejsce pracy-co spojrzę na zdjęcie to prycham 😆 Fotka roku

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *