2012-09-30 – Relacja z 34. Maratonu Warszawskiego

a miało być tak pięknie…

Miał być uśmiech na twarzy, radość na mecie, brak „ściany” i brak ogólnie znanych „uciążliwości” na ostatnich kilometrach. Maraton jednak znów pokazał swoje pazurki i obnażył wszystko. Zrozumiałbym, gdybym nie przygotowywał się systematycznie przez kilka miesięcy, nie wylał tyle potu w upalne lato, nie przebiegał ponad 300-350km miesięcznie. Dlatego ciężko mi się pogodzić z tym co doświadczyłem na 34 Maratonie Warszawskim. Wiedziałem, że będzie wiało i w tym momencie powinna zapalić się lampka kontrolna – należało ciut zweryfikować założenia przedstartowe. Słońce na trasie też nie pomagało. Ostatnie kilometry mimo ciągłego popijania na „wodopojach” to była tylko myśl pić, pić, pić. Ale może od początku.

Ustawiłem się z grupą na 3:20 – wielki błąd – jakby to powiedział Janek Tomaszewski – wielbłąd. Sam start bardzo dziwny – nawet nie słyszałem strzału startera (zresztą nie tylko ja). Z tego co się później dowiedziałem to nie było takowego. W pewnym momencie ruszyliśmy, więc odpaliłem Garmina a dopiero po około 200 metrach przebiegliśmy przez maty rejestrujące czas, czyli faktyczną linię startu (notabene w ogóle nie oznaczoną w postaci balonu z napisem START czy coś w tym stylu). Jednym słowem to było troszkę żenujące jak na tak dużą imprezę biegową.

Pierwsze 2 kilometry bardzo wolno w tempie 5:25-5:11 min/km. Szybciej niestety nie dało się ze względu na duże zagęszczenie osób. Po tej dwukilometrowej rozgrzewce troszkę się „przerzedziło” i można było biec zakładanym tempem, czyli w moim przypadku około 4:44min/km. Taki był plan, a Artur oczywiście musiał go zmodyfikować i ruszyć szybciej goniąc czas na 3:20 utracony na pierwszych kilometrach. Tak na chłodno oceniając to był mój gwóźdź do trumny. Tempo w przedziale 4:30-4:36min/km do 12 km okazało się zabójcze dla organizmu i dało znać w drugiej części dystansu.

Świetny doping kibiców na trasie uskrzydlał i nogi niosły. Za szybko… Po 12. kilometrze ustabilizowałem tempo do zakładanego 4:44 i tak sobie biegłem do około 20. km. Potem zaczęły się lekkie schody. Nawrót na Wilanowie i momentalnie duże podmuchy wiatru w twarz. Od tego momentu czułem, że coś organizm słabnie. Za wysokie tętno powodowało zakwaszanie mięśni – pojawiła się myśl, że nie dam rady przebiec w założonym czasie. Następne kilka kilometrów to był bieg ze średnim tempem około 5:00min/km – czyli już wyraźne oznaki kryzysu. To jednak pikuś – „najlepsze” było przede mną.

Osłabłem ale dalej mogłem biec troszkę wolniej. Punktem zwrotnym był mniej więcej 30. kilometr, gdzie ni stąd ni zowąd dopadł mnie straszliwy ból prawej łydki. Nie wiedziałem co się dzieje, zacząłem biec kulejąc. Zaciśnięte zęby, kuśtykanie i tempo około 5:35min/km i cały czas powtarzanie w myślach – dawaj chłopie, nie poddawaj się. Po kilku kilometrach jednak już nie dałem rady – stanąłem i zacząłem „rozciągać” prawą nogę. Jak ruszyłem to była katastrofa. Koszmar z Krakowa powrócił – znów cholerna kolka. To już był „zjazd” po równi pochyłej. Nie dałem rady biec – mogłem tylko maszerować od 38. km. Każda próba szybszego przebierania nogami skutkowała przeszywającym wnętrzności kłującym bólem. Nie pomagały też okrzyki i doping kibiców: bez wzglądu na wszystko i tak jesteście bohaterami. To było cudowne uczucie kiedy biegnący obok mnie poklepują po plecach, mobilizują „dawaj jeszcze troszkę, za chwilę meta”. Ja jednak nie dałem rady biec dłużej niż kilkadziesiąt, kilkaset metrów. Dla mnie maraton zakończył się na 38. kilometrze. Jakoś doczłapałem do stadionu i zdołałem resztkami sił, próbując przezwyciężyć kłujący ból „przebiec” ostatnie kilkaset metrów po płycie stadionu narodowego i minąć linię mety. Chyba nawet podniosłem ręce w górę…

Nie potrafiłem „odczuć” i cieszyć się z lokalizacji mety na narodowym. Niby wynik lepszy niż w Krakowie prawie 43 minuty, ale nie tak to miało wyglądać. Tyle potu wylane na treningach przez ostatnie miesiące, tyle kilometrów „nastukane”, a organizm znów odmówił posłuszeństwa. Może daje sygnały, że maraton nie jest dla mnie? Nie dopuszczam tej myśli, mając na uwadze treningi, kiedy to biegało mi się wręcz znakomicie robiąc długie wybiegania. Za bardzo spinam się na startach, denerwuję, tętno skacze i cały misterny plan legnie w gruzach. Trzeba jakoś bardziej na luzie do tego podejść, tak jak do treningu (tylko jak to zrobić stojąc na starcie dystansu ponad 42 km?). Jeszcze tego nie potrafię, zbyt „zielony” jestem jeśli chodzi o biegi. Wszak dopiero w tym roku zacząłem „latańsko” i na dobrą sprawę nie powinienem mieć w dorobku żadnego maratonu. Może niżej zawiesić poprzeczkę jeśli chodzi o maraton, a wynik (przy chłodnej głowie) sam przyjdzie? Taką mam nadzieję.

Moja relacja może wydawać się smutna, zgorzkniała – czytacie ten mój niezbyt optymistyczny ton wypowiedzi i zadacie pytanie: „po co biegać maraton skoro nie widać tu radości, po co tak się męczyć?” No właśnie – ot cały maraton i jego magia. Można przeżywać katusze na trasie, a ciągnie do niego jak wilka do lasu. Jak mawia biegacz dr Thomas Wessinghage:

Maraton jest bardzo niezdrowy. Byłby zdrowszy, gdyby miał 20-30 km długości. 42 km to stanowczo za dużo. Jednak nie ma na świecie rzeczy, która tak wspaniale służyłaby zdrowiu, jak przygotowania do biegu maratońskiego.

…i wszystko jasne.

Spróbuję jeszcze raz stanąć do walki z tym perfidnym dystansem – na wiosnę 2013 r. Ponownie w Krakowie. Zrobię wszystko, żeby nie „pompować za bardzo balona” i zbyt wiele od siebie nie oczekiwać. Może do trzech razy sztuka 🙂

Artur Olek „olsen”

Zdjęcia nr 2 i nr 3 dzięki uprzejmości RunningSucks.pl

9 myśli nt. „2012-09-30 – Relacja z 34. Maratonu Warszawskiego

  1. Lobby

    Coś musi być w tym za szybkim starcie w maratonie. Prawde mówiąc pierwszy maraton machnąłem po ponad 2 latach biegania. Nawet na połówkę czekałem tylko pół roku krócej.. Jednak ważna jest chyba dyspozycja dnia, bo przygotowania miałeś solidne. Kto wie czy jakby był to inny dzień to nie pobiegłbyś szybciej..

    Odpowiedz
    1. fascik

      Krzychu jak to czytałem, a wpierw redagowałem to czułem te męki. Dlatego na samą myśl robi mi się słabo. 🙂 Ale relacja przednia. Tak trochę z krytycznego punktu widzenia. Jednak pamiętajmy, że nie zawsze jesteśmy „over the top”. Czasem coś pójdzie nie tak. IMHO nie ma czego żałować. Warto po prostu usiąść i po miesiącu, dwóch, pół roku zrobić analizę. To się nazywa: doświadczenie. W następnym maratonie pójdzie lepiej!

      Artur – a teraz trochę cukru… ale zasłużonego. Zacząłeś biegać niecały rok temu. Jedno zdanie, nie obraź się ale takim Cię widzę, nie tylko ze względu na maraton ale i na Twoje postępy w bieganiu: od zera do bohatera! 🙂

      Odpowiedz
  2. joasia

    Oli dla mnie jesteś bohaterem, poprawileś się o 40 kilka minut!!!!! Pomyśl o tym, myślę ,że to ogromny postęp. Świetnie mi się czytało Twoją relację, tak jakbym ja to przeżywała!!!!! Super! Misterium męki hahhahahhhahhahha!

    Odpowiedz
  3. olsen

    Dzięki za miłe słowa otuchy 🙂 Emocje powoli mijają i można było coś naskrobać-zawsze to jakaś pamiątka zostanie do czytania i wspominania za jakiś czas. Ja już w biegu katorżnika nie muszę brać udziału, to był mój drugi………

    Odpowiedz
    1. Kosmaty

      Trzeci będzie lepszy 🙂 Rób swoje i trenuj jak podpowiada organizm, reszta będzie wykładnią samopoczucia na linii startu. Dobrze, że napisałeś relację, zawsze to spojrzenie od drugiej strony na dystans maratoński.

      Odpowiedz
  4. Robert

    każde ukończenie maratonu powoduje, że jesteś bohaterem … a to dlatego że zdecydowałeś się zmierzyć z tym piekielnym dystansem …

    ja debiutowałem na Warszawskim … i ten wiatr od 30 km był niemiłosierny … wiem ile kosztował wysiłku … dlatego każdy kto nawet doczłapał się do mety został bohaterem …
    ja do dystansu podszedłem dość optymistycznie, ale skończyło się dla mnie dobrze, bo złamałem w debiucie 4 h …

    a tak oceniając Twoje przygotowania, wg. mnie chyba trochę za dużo w ostatnich tygodniach lub zbyt szybko rozpoczęty maraton albo…. zbyt optymistyczne podejście do wyniku; może po prostu organizm się nie zregenerował …

    pozdrawiam i do zobaczenia na trasie

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *