2012-09-16 – II Półmaraton Tarczyn

Półmaraton, czyli jak to w Tarczynie było z tymi jabłkami….

16.09.2012 – godzina 5 rano – budzik w telefonie dzwoni, a to oznacza, że trzeba wyskakiwać z domowych pieleszy i szykować się na podbój Tarczyna. Samochód pełny: Rafał Biłos, Krzysiek Kubak, Jacek Pacuszka, Paweł Włodarski i ja – każdy ze swoimi oczekiwaniami i myślami krążącymi wokół taktyki na trasę półmaratonu. Bez większych problemów po niespełna 2 godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce-parking. Szybkie rozeznanie w terenie i dreptamy po pakiety startowe do biura zawodów. Już czuć tę atmosferę przedbiegową. Parkingi i pobocza dróg zastawione samochodami, a przy autach tu i ówdzie biegacz przebierający się pod gołym niebem w strój startowy. Z takiej „szatni” nie skorzystaliśmy, gdyż było dosyć chłodno. Udaliśmy się do hali sportowej i tam po odebraniu pakietów na spokojnie zmieniliśmy ciuchy na te „biegowe”. Później to już obowiązkowa rozgrzewka: troszkę truchtania i lekka gimnastyka, a na koniec wspólna rozgrzewka wszystkich uczestników biegu „pod dyktando” Pani prowadzącej. W międzyczasie dostrzegliśmy domniemanego faworyta biegu. Był to Kenijczyk Elisha Kiprotich. Na starcie nie zabrakło też zawodników z Ukrainy oraz znanych osobistości z ekranu TV m.in. Pana Jacka Fedorowicza. Krzysiek nie omieszkał zamienić parę słów z Panem Jackiem.

Wystrzał startera tuż tuż, więc tradycyjnie „poprzybijaliśmy piątki” i życzyliśmy sobie powodzenia i życiówek. Nareszcie ten pierwszy kilometr biegu i pozbycie się stresu przedstartowego. Teraz pozostaje walka z trasą i własnym organizmem oraz realizowanie w jak największym stopniu założonej taktyki biegu. Poniżej moje przemyślenia, odczucia i wszelkie „doznania” w trakcie pokonywania dystansu.

Początek płasko, za chwilę kawałek z górki, by po skręcie w ulicę 1 maja pokonywać około 3 kilometrowe wzniesienie. Nachylenie niewielkie, ale jednak serce szybciej bije niż normalnie i biegnę kilka sekund na kilometr wolniej niż zakładałem. Tłumaczę sobie, że skoro wbiegamy to później będziemy zbiegać – nie ma innego wyjścia. Z doświadczenia jednak (niewielkiego, ale…) wiem , że na większym zmęczeniu trudno jest nawet biec z górki. Po kilku kilometrach wbiegamy w bardzo malownicze tereny – pełno sadów, lasów, zieleni – bardzo przyjemny odcinek. Czuję, że nogi niosą, więc biegnę troszeczkę szybciej niż to planowałem – będzie wóz albo przewóz…. Na tzw. „agrafce” mijam się z Kenijczykiem (jak można biec w takim tempie i „sadzić” takie susy… SZOK). Połowa dystansu za mną – zmęczenia w płucach ani nogach nie ma – średnie tempo biegu na czas w granicach 1:32:00, czyli jest bardzo dobrze. Troszkę mnie martwi zbyt wysokie tętno – praktycznie cały czas powyżej 170. Cóż zrobić, trzeba biec dalej – najważniejsze , że nie „czuję” tego podwyższonego tętna i cały mam siły trzymać tempo poniżej 4:20min/km. Za chwilę mijam się na nawrocie z chłopakami: Krzysiek, Rafał, Jacek, Paweł – wzajemne pozdrowienia i mobilizacja okrzykami „biegusiem, biegusiem”. Na odcinku „leśnym” przez kilka kilometrów biegną ramię w ramię z dwójką zawodników (bodajże AZS AGH Kraków). Po krótkiej wymianie zdań dowiedziałem się, że dziewczyna tydzień wcześniej przebiegła maraton, a jej kolega – uwaga…. ultramaraton 100km…. Nic dodać nic ująć.
Mijają dalsze kilometry – 13., 14., 15., 16. dalej biegnie mi się bardzo dobrze – koniecznie trzeba to wykorzystać. Lekki kryzys był na 18. i 19. kilometrze gdzie tempo biegu spadło mi odpowiednio do wartości 4:24 i 4:21min/km. W momencie kiedy pulsometr wybił koniec 19 kilometra to już była tylko pogoń do mety ile „pary” w płucach i sił w nogach. Na około 1 km przed metą dobijający podbieg – krótki ale dosyć stromy… i znów korekta mojego HRmax do wartości 191…. Na wzniesieniu nieodzowny doping kibiców – jak na górskich etapach wyścigu Tour de France – dzięki temu łatwiej pokonywać zmęczenie. Jeszcze tylko 1000m, 900m, 800m, skręt w lewo , ostatnia prosta i meta…
Zmęczony, ale jakże szczęśliwy – czas netto 1:31:27 i po dyszce w Lublinie wpada życiówka w półmaratonie. Kolejny krok w drodze do maratonu warszawskiego zrobiony.

Wszyscy kończymy bieg w świetnych humorach. Ciężkie medale w kształcie jabłek wiszą na szyjach. Udajemy się na zasłużony posiłek: spaghetti + dodatkowo smaczna zupa. Na przekąskę między posiłkami dwa kontenery jabłek do wyboru, do koloru. Kawa gorąca jak i mrożona też smakuje wybornie.
Dalsza część imprezy biegowej odbywa się na rynku w Tarczynie. Uroczysta dekoracja zwycięzców w kategorii open oraz w poszczególnych kategoriach wiekowych. Sporą atrakcją jest ogromna piramida z jabłek. Okazało się, że i tu mamy poczęstunek w postaci kiełbaski z grilla – oczywiście skosztowaliśmy.
Na koniec losowanie nagród wśród uczestników biegu. Niestety tym razem nie przypadła nam w udziale żadna nagroda – może następnym razem…

Wyniki biegusiów:
Rafał Biłos – 01:53:33 (282/478)
Krzysiek Kubak – 01:49:22 (234/478)
Paweł Włodarski – 02:02:47 (394/478)
Jacek Pacuszka – 01:55:55 (317/478)
Artur Olek- 01:31:27 (46/478)

5 myśli nt. „2012-09-16 – II Półmaraton Tarczyn

  1. krzysiek

    Ty Artek ja cały czas zle liczyłem myslałem ze pogoniłeś mnie o 10 minut ,kurcze byłeś szybszy o 17 minut Jezu! toc to kosmos!!! wiesz że Twój czas z połówki w Wawie jest identyczny prawie jak mój z Tarczyna ,czyli pół roku temu byłes na moim etapie-straszny progres;)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *