2012-09-09 – Pierwsza Dycha do Maratonu

Będę bardzo miło wspominał swój debiut biegowy w Lublinie. Dokonało się to nad Zalewem Zemborzyckim w trakcie imprezy Pierwsza Dycha do Maratonu. Chłodnym rankiem dojechaliśmy na miejsce startu i po załatwieniu formalności udaliśmy się z Kosmatym (Grzegorz Kosmala) na mały rekonesans trasy biegu. Zapowiedzi organizatora o płaskiej dyszce troszkę nie pokryły się z tym co zobaczyliśmy. Tu i ówdzie powitały nas wzniesienia i górki. Jak się później okazało-na dzień dobry od razu po starcie przywitał nas spory podbieg. Żeby nie było za łatwo – finisz na lekkim wzniesieniu wywindował moje tętno maksymalne do wartości 190… Porównując trasę tej „dyszki” do naszej rodzimej Run For Ryki sprzed 2 tygodni, to Lublin jednak bardziej wymagający. OK – żeby nie było, że tylko narzekam (jak to mówią: „złej baletnicy itd…..). Jeśli chodzi o sam bieg: troszkę wytrąciło nas z rytmu przedstartowego przesunięcie biegu o 10 minut. Z Kosmatym już byliśmy po solidnym truchtaniu, przebieżkach i lekkim rozciąganiu – idziemy na start (zostało 5 minut), a tu spiker (notabene bardzo przezabawny starszy Pan, który chyba zostanie maskotką tej dyszki) oznajmia, że będzie „poślizg” około 10-15minut…czyli za chwilę znów lekka rozgrzewka, żeby nie ostygnąć. Wbrew pozorom ważny czynnik przedstartowy, biorąc także pod uwagę sporej siły zimny wiaterek, który nas smagał.
Na linii startu przywitała nas Pani Minister Sportu Joanna Mucha. Po krótkiej przemowie dała sygnał startu… i tak ruszyło ponad 350 osób. W trakcie biegu przybiliśmy z Kosmatym „piątki”, tradycyjnie życzyliśmy sobie „powodzenia i życiówki” i ruszyliśmy ostro pod wspomnianą wyżej górkę. Z mojej strony te pierwsze 3 km to badanie samopoczucia, wyrównywanie oddechu i stabilizowanie tętna. Dalsze kilometry to próba utrzymywania w miarę równego (założonego) tempa biegu. Okazało się, że nie jest źle i można w miarę szybko (jak na moje możliwości) gnać do przodu. Jakże miłe i wspaniałe uczucie kiedy przebierasz nogami i w trakcie pokonywania kolejnych kilometrów „łykasz” biegnących przed tobą, równocześnie nie dając się nikomu wyprzedzić. Udało mi się na trasie „dokleić” do jednego z uczestników biegu i w ten sposób pokonać kilka kilometrów. Po pokonaniu nawierzchni asfaltowej ul. Krężnickiej wskoczyliśmy na kostkę ścieżki rowerowej biegnącej wzdłuż linii brzegowej Zalewu Zemborzyckiego. To odcinek przyjemny krajoznawczo, ale mniej przyjemny od strony pogodowej, gdyż te 3,5km do mety było cały czas pod uciążliwy wiatr. Na tym odcinku postanowiłem, że nie będzie sentymentów i zostawiłem troszkę z tyłu mojego towarzysza biegu (nie ma to jak skromność;-) ). Ostatnie kilkaset metrów to już bieg z zaciśniętymi zębami… ale udało się – jakoś wskoczyła życiówka. Wynik z Run For Ryki poprawiony o 3s (msc 32/351 czas netto 41:16). Biorąc pod uwagę trudniejszą trasę jestem bardzo zadowolony.

Czuję się podbudowany przed „połówką” w Tarczynie za tydzień oraz przede wszystkim przed imprezą docelową jaką dla mnie jest Maraton Warszawski 30.09. W tym momencie bieganie sprawia mi jeszcze większą frajdę niż kilka miesięcy temu. Oby tak zostało.

Kosmaty tak wspomina walkę na trasie:

Zanim wystartowaliśmy samopoczucie i chęć walki na trasie miałem rewelacyjne, nieskromnie liczyłem, że kilka sekund z ostatniego wyniku w Rykach wyrwę. Jak się okazało były to marzenia troszkę na wyrost, gdyż na początek biegu (tak na marginesie starterem była minister Mucha, ale Musze pistolecik nie wypalił… dobrze, że było wspólne odliczanie i jakoś zabawa ruszyła). Orgowie zafundowali nam podbieg wcale nie zgorszy. Później faktycznie było dość długo płaskawo, jednakże na 6. kilometrze poczułem lekki spadek mocy „obrotowej silnika”. Skręciwszy na brzeg zalewu przywitał nas czołowy wiatr, który towarzyszył nam przez ok. 4 km. , czyli do samej mety. Szybki rzut okiem na stoper uświadomił mi, że o planie ugryzienia ostatniego rezultatu mogę tylko pomarzyć. Cóż, walczyłem do końca (m-ce 60/351 czas: 43:51 netto) by przynajmniej porządnie się zmęczyć, wszak za tydzień XXX Maraton Wrocławski, a zawody były idealne pod superkompensację, czyli „kop” do podniesienia wydolności. Samą imprezę ocenia bardzo pozytywnie, debiut Organizatorów był na piątkę.

Łubu dubu łubu dubu… to pisałem ja – „olsen” – próbujący sprostać roli biegusiowego Koszałka Opałka. 😉

A na deser tradycyjnie porcja zdjęć… i niebawem materiałów filmowych.
[Not a valid template]

5 myśli nt. „2012-09-09 – Pierwsza Dycha do Maratonu

    1. Kosmaty

      Na sam maraton lubelski (w czerwcu) się nie nastawiam bo na wiosnę mam w planach jedynie (prawdopodobnie) Kraków a do jesieni więcej treningu a mniej startów…Z drugiej strony fajnie jest mieć na koncie imprezę z Nr Początkowym 1 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *