Dzień Świra czyli wypad na zawody

Wielu z nas przed wyjazdem na zawody musi, podobnie jak Adaś Miauczyński z „Dnia Świra”, uczynić wiele rzeczy, by ten wyjazd w porażkę się nie zamienił. Ja zaczynam od sprawy jak najbardziej przyziemnej czyli sporządzenia listy, jakie to mianowicie klamoty na wyjazd mam zabrać. Zanim zasiądę, to podobnie jak każdy lubię mieć komfort i spokój oraz staram się by mi nic w planowaniu nie przeszkadzało. Oczywiście eskapada jednodniowa opiera się przede wszystkim na stroju startowym, suchych gatkach na zmianę, kosmetyczce i jakimś (najlepiej jak najmniejszym, bo Kosmaty lubi mieć pakunek jak najmniejszy) ręczniku. Gorzej gdy mamy wyjazd x-dniowy, wtedy to musimy pamiętać o dokumentach, plastrze na cycki (jeżeli to maraton) i maści na pachwiny, ręcznik mini już ledwo wystarczy ale od bidy ujdzie. O większej ilości gatek na zmianę zazwyczaj pamiętamy, chyba, że lubujemy się w przepierkach i suszeniu majtasów na hali sportowej, ku uciesze innych. Tak więc gdy już jesteśmy „spisani” a później, co za tym idzie spakowani, czas walić na pociąg, jako najtańszy środek transportu z garścią drobniaków uciułanych przed kontrolnym wzrokiem małżonki. W pociągu zawodnik lubi mieć spokój, najbardziej pożądani są kumple biegacze z którymi o bieganiu nagadać się można do bólu i nigdy temat-rzeka się nie znudzi. Często jednak w życiu bywa tak, że Bieguś podróżuje sam i wpływu na towarzystwo w przedziale nie ma.

Samo pakowanie i przygotowanie rzeczy do wyjazdu to „pikuś”, później zaczyna się Przedstartowe Napięcie Mózgowe. Jedną z najważniejszych chwil przed zawodami to porządny sen, gdyż nocleg na hali to jedna wielka kakafonia dźwięko- zapachów-pierdów (kto spał ten wie o czym mowa). Z resztą nawet dwa dni przed startem ciężkawo o spokojny sen bo zanim zaśniemy to baranów naliczymy stad kilka. Tak więc powiedzmy, że się wyspaliśmy, gdyż z rana zaczyna się ciężka harówka. Bo to trzeba przed Kowalskim zdążyć się umyć, trzęsącymi rękami zwinąć karimatę i śpiwór (adrenalina już działa) i ogólnie każdy się boi, że nie zdąży się spokojnie naszykować. Czyli od samego rańca wszystko robimy jak w ukropie by „spokojnie” się przygotować. Po rytualnym śniadaniu – zazwyczaj standardowym bananie oraz chlebie z masą dżemu (oczywiście każdy ma swój ulubiony, ja preferuję wiśniowy i raczej rzadko zmieniam na inny) tęsknym wzrokiem rozglądamy się za kawą. Nocując w swoim lokalu kubeczek gorącej tureckiej będzie zawsze, na hali możemy liczyć tylko na sąsiada, ewentualnie Orga, który czasami wystawi baniak z wrzątkiem i jakąś sypaną. Następnie „spokojnie” najedzeni czekamy… czekamy na szczerą i nieprzymuszoną chęć udania się do kibelka. O luzackiej nasiadówce możemy zapomnieć, bo kolejka gigant przed nami a sam lokal nie sprzyja na spokojne zasiadanie z gazetką i delektowanie się defekacją. Zresztą „achy” i „echy” zza ściany, że o walorach aromatycznych nie wspomnę, wymuszają konkretne i zdecydowane działania. No i jak się udało. Wbrew pozorom ta czynność jest bardzo ważna gdyż trasa biegu nie sprzyja na „pójście za potrzebą”, to szczęśliwi możemy wrócić na salę. W tym momencie już każdy chodzi lekko podminowany, zaczyna się skupiać na wyzwaniu jakie go czeka. Gadanie ogranicza się do minimum. Oczywiście to niegadanie dotyczy najczęściej osoby, które zamierzają na trasie wypruć żyły a nie osoby mające dany bieg zaliczyć (vide: mój ostatni maraton). Z torbą na ramieniu, przebrani w nasz odświętny strój startowy, ruszamy w pobliże biura zawodów by „spokojnie” zdać graty do depozytu i rozpocząć rytuał zwany „rozgrzewką”. Moja „rozgrzewka” przed maratonem zazwyczaj ograniczała się do łażenia, pseudo skłonów, nakładania koszulko-worka na śmieci gdy pogoda była niesprzyjająca…. znaczy sprzyjająca do biegania ale nie do „rozgrzewki”. Myśli oczywiście cały czas krążą wokół wielu pytań „na ile jestem dzisiaj gotowy, na co mnie stać, jak rozegrać bieg”. I tak naładowani gorączką myślową zbliżamy się na linię startu, gdzie wśród wszelakiej maści zapachów i odorów maści rozgrzewająco-chłodząco-kojących innych zawodników czekamy na upragniony wystrzał do startu. Oczywiście zanim to nastąpi musimy wysłuchać jak wielu zawodnikom coś dolega, gdyż każdy wie, że lepiej się asekurować i uśpić czujność kolegi ubolewaniem nad bolącym pośladkiem. Głównie jednak chodzi o to by oszukać mózg i ewentualną porażkę łatwiej znieść. Taka polityka obronna wbrew pozorom jest bardzo słuszna, unikniemy głębokiej depresji, rozchwiania emocjonalnego oraz nie powiesimy się tuż po zawodach. Nagle start… a po nim już niewiele pamiętamy z krajobrazu sunącego przed oczami. Kontrolujemy każdy kilometr, przeliczamy iloczyny i całki by mieć pewność, że na połówce będziemy punktualni jak przedwojenny pociąg. Taki stan postrzegania dotyczy oczywiście gnających na „życiówkę”. Z mojego najszybszego maratonu w Krakowie A.D. 2008 dobrze pamiętam gościa na Starym Mieście jak chciał mnie poczęstować browarkiem, później zakodowałem emerytów-blokowiczów siedzących na ławeczce w Nowej Hucie a na koniec fakt, że biegłem koło Wisły i na koniec musiałem walić dodatkowe okrążenie wokół Błoń…zgroza.

Za linią mety zaczyna się inny świat. Radość jest tym większa im bliżej zakładanego czasu przybiegliśmy. Wszyscy się otwieramy i zaczynamy gadać jak najęci, wymieniamy się doświadczeniami z trasy. Po prostu wracamy do normy dodatkowo nabuzowani endorfinami. Medal wisi dumnie na szyi, obejrzymy go dokładnie później bo błędny wzrok zaburza racjonalne postrzeganie. Strzeliwszy „misia” z ziomkami rozpoczynamy powolne, naprawdę powolne udawanie się w podróż powrotną.

Mamy nadzieję, że rodzina z nami tą przedstartową gorączkę jakoś wytrzymuje, ale zawsze może nas wysłać na kontrolne badania psychiatryczne by wykluczyć psychozę. Ale za to po powrocie z eskapady skruszony zawodnik robi co może by uśpić czujność współ domowników (np. prezenty z podróży), oczywiście aż do kolejnych zawodów…

W krzywym zwierciadle biegowy Dzień Świra przedstawił Grzegorz „Kosmaty” Kosmala.

10 myśli nt. „Dzień Świra czyli wypad na zawody

  1. kamillo

    Super Grzesiek to napisałaś. Tekst taki że szczęka opada ! Ale z tym „browarkiem ” to mogłeś spróbować hahahaha……..

    Odpowiedz
  2. Kosmaty

    Dzięki za miłe słowa,dopiero przeczytałem Wasze komentarze 🙂 Obiecuję, że kiedyś jeszcze coś sklecę 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *