Rzeźniczek-relacja Sebastiana Bukowskiego

bieg-rzeznika-logoPrzychodzi taki dzień w życiu biegacza, kiedy okazuje się, że można zejść po schodach przodem. Opadają emocje i resztki błota z butów. Pozostaje refleksja: „co mi dał Przewodnik po biegach górskich Hala Kornera?”

VI Bieg Rzeźniczka. 17-06-2017. Cisna.
21 listopada zarejestrowałem się na Bieg Rzeźniczka. Czyja to wina? Kto mnie namówił? Nie pamiętam. Wiem jedno – od dnia rejestracji nie mogłem się doczekać wyjazdu. Niecierpliwy byłem jak dziecko. Ale wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień powrotu w ukochane Bieszczady…

16-06-2017

Pobudka rano. Dzieci wysłaliśmy do szkoły i do przedszkola. Teściowa zameldowała się u nas w domu. Wolność!!!

Wyjeżdżamy w towarzystwie Małgosi i Grześka. Podróż przebiegła spokojnie. Lublin, Kraśnik, Nisko, Rzeszów (kawa na BP i zdjęcie biegusiowe), 20170616_113720-1Sanok, (zgubiliśmy drogę), Lesko i Baligród. W Baligrodzie odebraliśmy od Daniela pakiety startowe. Daniel w ramach przygotowań postanowił ze swoją drużyną zobaczyć jak wyglądają Bieszczady z Tarnicy. Zostawił tylko Ewę na posterunku. A Ewa zadbała o gości częstując nas izotonikiem z pigwy i wiśni. I wtedy zaczął padać deszcz. Jeszcze nie wiedzieliśmy co to znaczy…

Z Baligrodu pojechaliśmy do Cisnej, gdzie czekała na nas kwatera w chatce z pięknym kominkiem, i widokiem na zalesione bieszczadzkie góry. 20170617_230915Tylu odcieni zieleni, które można podziwiać w tych górach nie ma nawet w paletach kolorystycznych RAL i NCS. Obiadokolacja i idziemy na odprawę. Tu spotykamy przyjaciół z grupy biegusiem.pl wraz z rodzinami.IMG_2361 Chowamy się pod parasolem, bynajmniej nie od słońca. Cały czas pada i to bardzo intensywnie. Miasteczko festiwalowe tonie w strugach deszczu. Na 20.00 zaplanowano odprawę w biurze zawodów. Słowa od organizatorów nie nastroiły nas pozytywnie. Trudne warunki, dużo błota, uważajcie na siebie. Robert, który już raz startował w Biegu Rzeźniczka, wyglądał posępnie. Chyba już wiedział, co nas czeka…

Wieczór spędziliśmy z rodzinami i najbliższymi w miasteczku festiwalowym dodając sobie nawzajem otuchy. Niebawem w niepewnych nastrojach rozeszliśmy się do swoich kwater.

17-06-2017

Obudziłem się wyspany po 4.oo. Jeszcze przed budzikiem. Padał deszcz. Kawa i śniadanie, bez tego zestawu nie wychodzę z domu. Ani do pracy, ani na bieg. Grzesiek wstał chwilę po mnie. Małgosia z Ulą też się obudziły. Przyjechał Daniel z Jackiem. Przywieźli trochę dobrego humoru. Jeszcze tylko uzupełniliśmy bukłaki i w strugach deszczu wyszliśmy z domu. Po kilku minutach byliśmy już przy kolejce, która miała nas zawieźć na miejsce startu. Wśród biegaczy i kibiców dominowały minorowe nastroje. Czasami dało się słyszeć jakiś żart dotyczący pogody i biegu. Tak, wszyscy się śmiali…

Pociąg ruszył i wiózł nas wśród dzikiej, bieszczadzkiej przyrody. 20170617_122145Pół godziny podróży i jesteśmy na miejscu. Nieistniejąca wieś Solinka, której de facto nie zastaliśmy, to nasze miejsce startu. Ostatnie zdjęcie siedmiu wspaniałych. Ustawiamy się na starcie. Strzał z dwururki i… pobiegliśmy.

Tempo 6.00min./km. Trzymałem się Jacka. Trochę wyprzedzaliśmy. Zrobiło się ciepło, więc kurtki wylądowały w plecakach. Asfalt, szuter i ścieżka, a potem las. Biegniemy gęsiego. Nie ma miejsca na wyprzedzanie. Trzeba było zajmować miejsca z przodu. Cały czas trzymam się blisko Jacka. On wyprzedza, ja za nim. Chwilami dzieli nas dwóch, trzech zawodników. Jest dobrze. Kilometr mija za kilometrem. Jest błoto, mgła. 20170617_114824Pada. Nie wiem, czy z nieba, czy tylko z drzew leci. Jacek odskoczył. Nie staram się go gonić. Mam swoje tempo. Pod górę nie jest źle. Czy biegnę, czy podchodzę jest w miarę sprawnie. 12-sty kilometr, zaczynam czuć łydki. Jakoś się tak dziwnie naprężają. Nie znałem tego uczucia. A potem się zaczęło. Zbieg przed Przełęczą nad Roztokami. Mogłem zabrać ze sobą jabłuszko na śnieg. Nogi po błoczie jeździły gdzie chciały. Lewa w prawo, prawa w lewo. Straciłem dużo. Wyprzedziło mnie sporo osób.

Do przełęczy dobiegłem z czasem 2 godziny 13 minut. Izotonik, cola i pół tabliczki gorzkiej czekolady. I w drogę. Rozpoczęliśmy podejście na Okrąglik. Ściana błota. Nawet fajnie. „Zdobycie” Okrąglika trochę kosztowało, ale na szczęście napięcie w łydkach puściło. Oddałem resztę czekolady dziewczynie, którą zatrzymały skurcze. Zrobiło się chłodniej, założyłem kurtkę. Pod górę było dobrze. Czy szedłem, czy biegłem, dawałem radę. Wykańczały mnie zbiegi. Dalej słabłem z kilometra na kilometr. Od Małego Jasła szklak szedł prawie cały czas w dół. Na 25-tym kilometrze dopadł mnie…śmiech 🙂 i to taki na głos. Śmiałem się sam z siebie. Męczę się w imię czego? Po co mi to?

I tak mijały ostatnie kilometry. W błocie. W dół. Aż wybiegłem z lasu na tory. Potem zobaczyłem naszych biegusiowych kibiców. Okrzyki: Jest! Seba! Dawaj do przodu! No to pobiegłem do mety. Bieg ukończyłem z czasem 4 godziny 51 minut. Dostałem medal, piwo i kocyk foliowy. Ale to nic nie znaczy. received_1448530581875466Najważniejsze to uściski od żony Uli i przyjaciół, tych którzy biegli i tych, którzy kibicowali. I za to Wielkie Wam Dzięki!

Przed biegiem zastanawialiśmy się, co nas czeka? A czekał na nas deszcz, błoto i mgła. 28 kilometrów ślizgania się, obmacywania drzew i wąchania kamieni.

Nigdy nie przeżyłem tylu emocji podczas biegu, bo to bieg inny niż te, w których do tej pory uczestniczyłem. A wszystko to za sprawą magicznego klimatu tego miejsca. Bieszczady wciągają…

Gratulacje dla wszystkich biegusiów, którzy uczestniczyli w III Festiwalu Rzeźnickim i jeszcze raz serdeczne podziękowania dla naszych Kibiców i tych, którzy w domach trzymali za nas kciuki. Przygoda w takim towarzystwie – bezcenna.

Warto było.IMG_2393

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *