Rzeźniczek, czyli w szpilkach na Okrąglik – relacja Daniela Stonia

bieg-rzeznika-logoJako świeży pasjonat biegania, pamiętam jak dwa lata temu, z wypiekami na twarzy czytałem relację Adama Banaszka z XII Biegu Rzeźnika. Dodatkowo wyobraźnie rozpalały zdjęcia z tego biegu. O Bieg Rzeźnika otarłem się również w ubiegłym roku, w czasie pobytu w Bieszczadach, kiedy to nasz bieguś Robert debiutował w Rzeźniczku. Myśl o pobieganiu w Bieszczadach podsycona została, jesiennym oraz zimowym występem, koleżanek i kolegów z biegusiem.pl.
Więc kiedy tylko pojawiła się możliwość zapisania na Rzeźniczka, to od razu z niej skorzystałem. Do samego biegu nie czyniłem jakichś specjalnych przygotowań. Stosowny plecaczek dostałem w prezencie od moich najbliższych. W planach miałem zakup odpowiedniego obuwia, z czego jednak zrezygnowałem, licząc na to, iż pogoda będzie taka sama jak w ubiegłym roku. Niestety już na dwa tygodnie przed biegiem prognozy pogody, bezlitośnie pokazywały, iż jedyna opcja pogodowa w czasie biegu, to deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz. Ja jednak dalej miałem nadzieję, że synoptycy się pomylą. Na moje nieszczęście jednak się nie pomylili.
W końcu nadszedł długo wyczekiwany 14 czerwca, czyli dzień naszego wyjazdu. Całą rodzinką wspólnie z naszą biegulaską Ewą Lipską, wyruszyliśmy na podbój Bieszczad. Po około 5 godzinach radosnej podróży, dotarliśmy do pogrążonego w ciemnościach Baligrodu, gdzie mieściła się nasza kwatera i zarazem punkt wypadowy.

Clipboard01Następnego dnia wypadało Boże Ciało, w związku z czym wdzialiśmy odświętne stroje
i udaliśmy się do pobliskiego kościółka na uroczystą procesję. Po procesji nastąpiła kolejna zmiana strojów i wyruszyliśmy w stronę Soliny, aby nasza młodzież mogła zobaczyć na własne oczy ten cud ludzkiej myśli technicznej. Z Soliny udaliśmy się do Cisnej, w celu odebrania pakietów startowych. W piątek, korzystając z pięknej pogody, wyruszyliśmy do Wołosatego, skąd ruszyliśmy na szlak w celu zdobycia najwyższego szczytu polskich Bieszczad, czyli sławnej Tarnicy. Po powrocie z bieszczadzkich szlaków, udaliśmy się ponownie do Cisnej, gdzie spotkaliśmy się z kwaterującymi tam pozostałymi biegusiami. Całą grupą udaliśmy się na odprawę przedbiegową, w trakcie której dowiedzieliśmy się, iż trzeba być nie lada mistrzem aby zgubić trasę podczas biegu, że warunki są bardzo złe, i że po drodze czeka na nas słynne urwisko.
Wszystkie te informacje, oraz nietęga mina Roberta, który jako jedyny z naszej ekipy miał już okazję przebiec trasę Rzeźniczka, spotęgowały kłębiące się w mojej głowie wątpliwości i obawy. Po powrocie do Baligrodu wziąłem się za szykowanie ekwipunku na jutrzejszy bieg, aby rano mieć już wszystko gotowe. W między czasie dotarł do nas, ostatni w Bieszczadach z biegusiowej ekipy, Jacek zwany Miśkiem, wraz z Moniką. Dzięki temu zrobiło się jeszcze weselej w naszym domku. W końcu, około północy udało nam się udać na tzw. spoczynek, choć wiadomym było, że raczej ciężko będzie zasnąć. Gdzieś w okolicach 3:30 obudził mnie wielki szum ulewnego deszczu, na dodatek obudził również moje obawy, które raz obudzone nie dały mi już spokojnie zasnąć, aż do momentu pobudki, którą z Jackiem ustaliliśmy na godzinę 5:00. Szybkie ubieranie, kubek kawy z bułką mocy, ostatnie sprawdzenie ekwipunku, pożegnania z pogrążonymi we śnie najbliższymi i wychodzimy z przytulnego domku, w szary, mokry Bieszczadzki poranek, aby wyruszyć w kierunku Cisnej.
Po 30 minutach jazdy parkujemy pod kwaterą Seby i Grześka, gdzie choć na chwilę możemy poprzebywać w bardziej przytulnym otoczeniu. W końcu o 6:45, żegnani przez Ule i Małgosie, całą czwórką udajemy się w stronę stacji Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej.

Clipboard01_
Cały czas towarzyszy nam padający deszcz. W pobliżu tzw. peronu zaliczam pierwszą jazdę figurową na błotku, co tylko zwiększyło mojej obawy i automatycznie obniżyło mój nastrój, który w tym momencie znajdował się na poziomie niższym, niż najniżej położona depresja w Holandii.
Wcisnęliśmy się do zatłoczonego wagonu, gdzie zostaliśmy wchłonięci przez smętny tłum współtowarzyszy niedoli. Ludzie na peronie, jak i ci ulokowani w wagonach, stali, siedzieli, w ciszy, ze skupionymi wyrazami twarzy. Z rzadka ktoś się odzywał. Atmosfera była równie przytłaczająca i smętna, jak pogoda tego poranka. Poranka, który miał być taki radosny, który miał być spełnieniem mojego wielkiego marzenia.
Ciężka atmosfera została na chwilę przerwana czarnym humorem, kiedy ktoś krzyknął
„ w 39 też ludzi zapędzali do wagonów”, komentując tym samym próbę umieszczenia przez osobę z obsługi biegu, jeszcze jednej osoby w naszym wagonie. Wreszcie o 7:15, czyli z 15 minutowym opóźnieniem, wyruszyliśmy w kierunku nieznanego.Clipboard02
Cała podróż upłynęła na podziwianiu piękna bieszczadzkiej przyrody. Jednak nawet to, nie pozwalało pozbyć się negatywnych myśli. Ciągle w głowie kołatała się myśl, że w tych butach nie mam szans na dotarcie do mety, a świadomość tego, iż w tej chwili można było znajdować się w ciepłym przytulnym łóżku, jeszcze bardziej dołowała.
Nagle pociąg zatrzymał się w poprzek asfaltowej drogi. Zdziwieni patrzyliśmy się jeden na drugiego i myśleliśmy, że zaraz ruszymy dalej. Jednak po chwili dało się słyszeć „jesteście na miejscu, wysiadać”. Na te słowa, z wagonów zaczął wylewać się kolorowy tłum smętnych ludzi. Na szczęście prawie przestało padać, co jednak nie dawało powodów do optymizmu, bo to przecież może być chwilowa przerwa. Zaraz po wysiadce, dołączyli do nas pozostali trzej biegusie; Sebastian, Michał, Robert, którzy podróżowali wagonikiem klasy biznes, czyli jedynym wagonikiem z oknami.Clipboard03
I już całą naszą siódemką udaliśmy się w kierunku linii startu, gdzie oczekiwaliśmy na pozostałych uczestników, którzy mieli dotrzeć następnymi pociągami. Korzystając z tego, że jakimś cudem miałem zasięg w telefonie, wykonałem ostatni telefon do żony (w końcu mogłem już jej nie zobaczyć, bo przecież przepaść, niedźwiedzie itp. atrakcje), i choć jeszcze parę dni przed startem planowałem zrobić parę fajnych zdjęć do relacji, to jednak depresyjny nastrój i pogoda sprawiły, że wsadziłem go głęboko do plecaka.
Wysłuchałem ostatnich porad udzielanych przez Roberta, jedynego w naszym biegusiowym gronie weterana Rzeźniczka, który powiedział, że do 15 kilometra będzie luzik, a dopiero od popasu zacznie się jazda, więc napij się i najedz na punkcie odżywiania i ruszaj dalej.Clipboard04
            Przed startem przemówił do nas sam Mirek Biernacki, który zwrócił naszą uwagę na to, iż warunki na szlakach są fatalne, jest bardzo ślisko (od razu poczułem się lepiej 🙂 ) no i po drodze czeka na nas słynne urwisko, z którego spada się niestety na Słowacką stronę, więc lepiej uważać, bo na Słowacji nie obejmuje nas ubezpieczenie. Tylko o niedźwiedziach nie wspomniał, bo te chyba wolały siedzieć w swoich gawrach, niż łazić po górach i moknąć.
O godzinie 8:30 padł strzał z karabinu i ruszyliśmy szutrową drogą pod górę. W tym momencie stało się coś niesamowitego, cały stres, wszystkie lęki i obawy zniknęły, a pojawił się spokój i radość z tego, że oto tu jestem, nie poddałem się i spełniam swoje marzenie. Spokój i radość mącił jedynie lekki ból w prawej stopie, prawdopodobnie efekt dość mocno zawiązanego buta.
             Ból na szczęście minął po około 3 kilometrach, zaś radość z biegu pozostała. Pierwsze 4 kilometry przypominały bardziej bieg uliczny, niż górski. W końcu skręciliśmy z ubitego traktu, na wąską błotnistą ścieżkę przecinającą łąkę. Kilka osób biegnących przede mną zwolniło szukając możliwości ominięcia błota, żeby nie ubrudzić butów, na co ktoś inny zareagował słowami „już za chwile będzie wam to obojętne”. Po paru minutach zostaliśmy wchłonięci przez wszechobecny las, który ochronił nas przed podmuchami wiatru. Delikatnie, ale wciąż pod górę, biegliśmy gęsiego przed siebie. Jedyne co podczas tego biegu kontrolowałem, to upływający czas i dystans, systematyczne nawadnianie i przyjmowanie dekstrozy w zaplanowanych odstępach czasowych. Reszta była poza moją kontrolą, gdyż brak odpowiedniego obuwia skutkował tym, iż na podbiegach traciłem masę czasu na pokonanie większych wzniesień, zaś na zbiegach nie miałem żadnej możliwości wyhamowania. Wiele razy we wręcz ekwilibrystyczny sposób ratowałem się przed upadkiem i jak na te warunki, to mogę być z siebie dumny, bo pierwszą glebę zaliczyłem dopiero około 12 kilometra, co wywołało u mnie tylko wybuch śmiechu. Niestety na 14 kilometrze, kiedy to zaliczyłem drugą glebę, już nie było mi do śmiechu, bo lewym kolanem, które i tak wysyłało mi cały czas niepokojące sygnały będące efektem wczorajszej wyprawy na Tarnice, przywaliłem w kamień, który na moje szczęście był płaski. I tak z bolącą nogą i w śliskich butach ruszyłem dalej przed siebie. Mimo tego wszystkiego, po raz pierwszy podczas biegu czułem wielką wewnętrzną radość z biegu, o której tak często pisze nasz nieoceniony Kamil Rafeld.
          W okolicach 15 kilometra nastąpiła diametralna zmiana pogody, zniknęły deszczowe chmury i mgły, a zaświeciło pełnym blaskiem słońce, co dodało mi jeszcze więcej optymizmu, który został wystawiony na mocną próbę, przez dość stromy i bardzo długi zbieg, którym dotarliśmy do punktu odżywiania, gdzie oklaskami i głośnymi okrzykami zostaliśmy powitani przez nielicznych kibiców i ludzi z obsługi. Pomny rad Roberta wciągnąłem żel, popiłem go butelką izotonika, pozostałe zaś trzy butelki wlałem do bukłaka, zaaplikowałem sobie dwie tabletki środków przeciwbólowych z nadzieją, że uśmierzą ból poobijanego kolana, po czym napisałem sms’a do najbliższych i ruszyłem w dalszą drogę z wielką ciekawością, cóż tak strasznego tam dalej na mnie czeka. Wystarczyło zaledwie parę metrów, a moja ciekawość została zaspokojona. Oto stanąłem przed jedną wielką praktycznie pionową ścianą błota, która w tym momencie wydawała się nie mieć końca. Tak przywitał mnie Okrąglik. W głowie pojawiła się myśl: „kurwa mać, przecież ja w tych butach po tym błocie tam nie wlezę, normalnie odstawiłem się na ten bieg jak blondynka w szpilkach na Giewoncie”. Choć nie wiem, czy w tym akurat momencie w szpilkach nie byłoby mi faktycznie łatwiej. No ale przecież nie poddam się w tym momencie, bo przecież dopóki walczysz jesteś zwycięzcą (pamiętam Kamilku). Chłopie nie panikuj, tylko kombinuj i leź do góry. Skoro wpadłeś w błoto, to musisz być jak dzik i pchać to błoto dalej ryjem.

       Przed oczami stanął mi znak firmowy Rzeźnika, czyli para dzików. Skoro tak, to będę takim dzikiem i nie ma siły żeby się cofnąć i poddać. Dotarłem do tego punktu, więc ryję dalej. Zszedłem z rozczłapanego szlaku na zalegające obok szlaku liście i w ten sposób, krok za krokiem dotarłem na szczyt tego cholernego wzniesienia. Potem bieg po płaskim i walka na zbiegach, bo przecież czas goni, bo nie wiem skąd ubzdurałem sobie, że limit na ukończenie biegu wynosi 5 godzin. Gdzieś na 20 kilometrze notuję kolejną glebę, szczęśliwie lądując znów lewą nogą tuż obok kamiennego słupka znaczącego szlak. W słupek nie trafiłem, ale za to w lewą łydkę łapie mnie mocny skurcz. Każda próba wstania wywołuje nawrót skurczu. Kurde, za cholerę nie uda mi się podnieść. Na szczęście swój upadek zanotowałem przy parze turystów i miły pan widząc iż nie jestem wstanie sam sobie poradzić, nie zwracając uwagi na mojego umorusanego błotem buta, pomaga mi rozciągnąć łydkę i w końcu z jego pomocą udaje mi się stanąć na nogi. Słownie wyrażam swoją wdzięczność i ruszam dalej, pochłaniając drugiego już shoota magnezowego, dla poprawy smaku wysysam żel i zapijam to łykiem izo z bukłaka. Od tej pory cały czas pilnuję się aby znowu nie zaliczyć gleby, bo już wiem, że kolejna wywrota zakończy się kolejnym skurczem.  

          Niestety jakieś dwa kilometry później, na kolejnym zbiegu zaliczam następną glebę lądując w poprzek drogi, z tą różnicą, że teraz w bonusie mam dublet, czyli skurcze w obu łydkach. Z bólu i wściekłości walę pięściami w zaciśnięte mięśnie łydek. Pierwsza próba podniesienia wznawia skurcze. W tym momencie dobiegają do mnie dwie współtowarzyszki niedoli pytając czy nic mi nie jest, a słysząc, że to skurcze, wyrażają chęć rozmasowania. Grzecznie im dziękuję za ich wielką chęć niesienia pomocy, a sama ich troska i zainteresowanie, oraz nachylenie zbiegu pozwalają mi wstać o własnych siłach. Ze zgrozą patrzę na upływający czas i zaczynam sobie uświadamiać, że nie wyrobię się w limicie, bo do mety zostało jakieś 7 kilometrów, a do upływu 5 godzin pozostało 40 minut. No ale jak to tak, przecież jak się nie wyrobię w limicie, to nie będę sklasyfikowany, ani medalu nie dostanę. Na dodatek mówiłem żonie, że na 14-stą powinienem już być na mecie. Nie pozostaje mi nic innego jak biec, więc puszczam się pędem na kolejnym zbiegu, który kończy się kolejną na szczęście udaną próbą ratunku przed wywrotką. Moje efektowne wygibasy zostały skomentowane przez nadbiegająca zawodniczkę „powoli, po co tak ryzykować złamanie nogi na 4 kilometry przed metą”. Myślę sobie, ma dziewczyna w sumie rację. Przełamując swoją wrodzoną nieśmiałość do nieznajomych, pytam się jaki jest limit czasu, na co ona mówi, że 6 albo 6 i pół godziny. Świadomość, że jednak uda mi się wyrobić w limicie, pozwala mi już na spokojne i zachowawcze kontynuowanie biegu. Gdzie tylko się da, staram się biec, w końcu biegnę po życiówkę :). Mozolnie pokonuje dwa kolejne mocne podejścia na Małe Jasło i Jasło, po czym zaczyna się dopiero dla mnie najgorsze, czyli jak mówili „potem to już tylko ciągle w dół, aż do samej Cisnej”. Faktycznie, było ciągle w dół, tylko dlaczego musiało być to tak ostro w dół. Nie pozostało mi nic innego, jak mozolnie starać się zsuwać w dół, co trwało chyba wieczność. Na dodatek jak na złe, przyplątał się skurcz w tylnej części uda, co jeszcze bardziej komplikowało sprawę. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się zaliczyć jeszcze tylko jedną glebę, czym udało mi się wzbudzić falę radości w obserwującym moje wyczyny, turyście w wieku przedszkolnym.

           W końcu dotarłem do szosy, którą niestety trzeba było tylko przekroczyć, by znów wrócić na błotnisty szlak. Choć dalszy odcinek w porównaniu do poprzedniego, wydawał się być jedną wielką równiną, to jednak błoto było tu jakby dwa razy śliskie, przez co ledwo udawało mi się utrzymywać równowagę i przyczyniło się to do tego, że zostałem wyprzedzony przez czwórkę innych zawodników. Przed potokiem usłyszałem zza pleców „Lublin pozdrawia Ryki”. To jakiś starszy pan z kijkami właśnie mnie doganiał. Dodał jeszcze „to nie Rzeźniczek, to Runmageddon, dziś nie ma warunków do biegania” i tyle go widziałem. W końcu docieram do potoku i niestety tu znów przykra niespodzianka, czyli wąsko, ślisko i trzeba się tarabanić do góry. Na szczęści czasem wystaje jakiś kamień, czasem można złapać się wystającego korzenia i w ten sposób udaje mi się wygramolić na ścieżkę prowadzącą na tory kolejowe. A na ścieżce niespodzianka, to moi dwaj synowie wyszli mi naprzeciw i już wspólnie niesieni dopingiem kibiców biegniemy po torach przez most, skręcamy w dół w stronę orlika i biegniemy w stronę mety. W oddali widzę moją żonę i moich przyjaciół, którzy głośnym dopingiem dodają mi sił. Wzruszenie ściska mi gardło.Clipboard05
Kątem oka dostrzegam, że ktoś próbuje mnie wyprzedzić, „o nie” myślę sobie, na błocie może i tak, ale tu na twardym i tak blisko mety nie ma takiej opcji, nie dam się wyprzedzić i mocno przyśpieszam. Pomaga mi w tym mój starszy syn, świeżo upieczone Rzeźniczątko, który ciągnie mnie trzymając
za rękę. W międzyczasie mam wreszcie możliwość zapytać go jak mu poszło na biegu. Okazuje się, że zajął II miejsce.Clipboard06
Droga do mety wydaje się nie mieć końca. W końcu jeszcze tylko nie wywalić się na uskoku, co o dziwo tym razem mi się udaje, przebiegamy przed sceną i przy głośnym dopingu przekraczamy linię mety. Próba zatrzymania się przed panią wręczającą medale, kończy się efektownym poślizgiem w moim wykonaniu. Na szczęście udało mi się nie wywalić siebie, ani tej biednej pani. Słowa gratulacji, medal zawisa na mojej szyi, idziemy dalej, jakiś pan stawia „ptaszka” na moim numerze startowym, co miało oznaczać dokonanie odbioru dwu paku piwa, który ląduje w moich rękach. Po chwili młoda wolontariuszka proponuję mi ciepłą herbatę, którą bardzo chętnie przyjmuję z myślą o mojej biednej żonie, która na pewno nieźle zmarzła, czekając tyle czasu na mnie.Clipboard07
Wreszcie docieramy do naszych najbliższych, którzy z wielką radością i ulgą witają mnie na mecie. Radosne i wzruszające powitanie z żoną, oraz oczekującymi na mnie biegusiami i ich rodzinami.Clipboard08
Wielkie wzruszenie wzbudził we mnie również wyraz oczu moich biegusiowych przyjaciół, w których dostrzegłem wielką radość z tego, że udało mi się dotrzeć do mety, bo oni tam byli i dobrze wiedzieli jakie na trasie panowały warunki. Widać było, że się o mnie martwili. Dziękuję Wam za to, że mimo tego iż było mokro i chłodno, że sami byliście ubłoceni, mokrzy i zmęczeni, to do końca czekaliście na mnie na mecie. Dziękuję również mojej rodzince, Małgosi, Uli, Monice i oczywiście energetycznej Ewci, że i Wy wytrwaliście w tych warunkach i czekaliście na mnie. Jesteście mega.
Potem obowiązkowe zdjęcia na ściance i wspólnie udajemy się do kwatery naszych biegusiów stacjonujących w Cisnej, aby móc wziąć prysznic i zmienić odzież, a przede wszystkim buty.
Clipboard09Clipboard10
Rzeźniczek zgodnie z oczekiwaniami, był dla mnie wielką przygodą i świetną lekcją wiedzy
o samym sobie. Cieszę się, że warunki były tak trudne, bo to co łatwo przychodzi nie daje takiej satysfakcji, jak to, o co musieliśmy walczyć, dając z siebie wszystko, wręcz wyrywając pazurami. I choć z planów podziwiania krajobrazów niewiele wyszło, to jednak udało mi się choć trochę rozejrzeć i skupić swój wzrok na czymś innym, niż tylko błotnisty szlak pod nogami. Haczyk z przynętą ultra został połknięty, apetyt wzrósł i już zbiera się ekipa na jesienne i zimowe bieganie po pięknych Bieszczadach.
P.s. w swojej relacji wykorzystałem zdjęcia autorstwa Ewy Lipskiej, Roberta Kępki, Uli
i Sebastiana Bukowskich, mojej żony Ewy, Michała Maciąga i jedno foto jest moje 🙂 .

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *