O co chodzi z tym bieganiem w górach ? – relacja Dominiki Banaszek z Rzeźnika Enigma

bieg-rzeznika-logoSiedząc nad pustym kalendarzem próbujemy rozplanować dni wolne w nadchodzącym roku. Nad głową z jednej strony długa lista miejsc , które chcielibyśmy odwiedzić, z drugiej bezlitosny harmonogram roku szkolnego i liczba 26 – pula przysługującego urlopu.
Są takie daty, które nie muszą walczyć o prawo pierwszeństwa, nie potrzebują specjalnej promocji i gwarancji dobrej pogody na meteo.pl. Jedną z tych dat dyktuje Fundacja Bieg Rzeźnika.
Rzeźnik – 5 lat temu pojęcie zupełnie mi obce , a Bieszczady ? kolejne pasmo górskie w Polsce, które fajnie byłoby poznać bliżej. Stało się, kiedy pierwszy raz odwiedziliśmy to miejsce. Być może padliśmy ofiarą legendarnego Czada, który rzucił na nas urok. A może to ludzie? Miejscowi, nieskażeni tempem wielkomiejskiego życia, uśmiechnięci i bezproblemowi, po prostu. A może chodzi o tych z różnych stron Polski, biegaczy i ich rodziny, każdy ze swoją historią. Ciepłe powitania na środku ulicy i najlepsza szarlotka, prosto z blachy w kawiarni Polanka. Do tego wszystkiego, ta wszechogarniająca zieleń, która działa na umysł jak balsam.

Będąc na bieszczadzkim szlaku, czy to idąc czy biegnąc, zaspokajamy jedną z ważniejszych potrzeb – potrzebę spokoju. I umiejętność zatrzymania czasu.

Patrząc na rosnącą z każdym rokiem frekwencję na festiwalu, chyba nie odkryłam niczego nadzwyczajnego 😉
Żeby zaspokoić tak dużą liczbę potrzebujących, organizator rozbudował tradycyjny rzeźnicki grafik o całą paletę dystansów i nowe formuły biegu, rozciągając festiwal o kilka dodatkowych dni. W naszym przypadku, wybór był prosty. Kolejne starcie Adama z legendarnym biegiem rzeźnika i coś dla mnie…
Dystans w moim zasięgu, z terminem nie zaburzającym logistyki, co pozwoli zachować ciągłość opieki nad dziećmi. Wszystkie te kryteria spełniał tylko jeden bieg – Enigma! Wielka innowacja i wielka niewiadoma rzeźnickiego festiwalu 2017.Clipboard01
Po dwudniowej rozgrzewce na połoninach, byłam gotowa stawić czoła tajemniczej trasie. Internet doniósł, że powinnam stawić się w biurze zawodów o 3 w nocy, a jeszcze przed tym, przypomnieć sobie oznaczenia leśnych, gminnych i turystycznych szlaków. Tak też zrobiłam.
Otwierałam oczy jeszcze przed budzikiem, rejestrując, że dawno nie miałam tak abstrakcyjnych snów – to znak, że pojawił się stres 🙂 O 2.30 Adam zaserwował mi kawę, do której zjadłam bułę z miodem. Noc była chłodna. Drogę do orlika (centrum dowodzenia) oświetlał nam wielki księżyc. Boisko, choć pod osłoną nocy, tętniło życiem. Ustawiłam się w kolejce, cierpliwie czekając na swoją kolej.

W pakiecie znalazłam hasło, które trzeba było opanować, żeby dostać się do transportu wiozącego na start – genialny sposób na rozładowanie atmosfery 🙂 A sam transport? okazał się wojskową ciężarówką.
Clipboard02
Clipboard03Gdy dojechaliśmy na start było już zupełnie
jasno. W uśpionej wsi Terka czekała rozstawiona brama z napisem start. Wystrzał z pistoletu padł równo o 5.00.

 

 

Grupa 113 zawodników, zgodnie z instrukcją, ruszyła za oznaczonym samochodem. Spokojny bieg pozwolił rozgrzać zmarznięte mięśnie i obserwować budzące się do życia gospodarstwa.

 

Na pierwszych 10 km dominowała łąka, ta w wersji z poranną rosą, z unoszącą się tuż nad nią mgłą, oświetlona, pod idealnym kątem, wschodzącym słońcem.Clipboard04Clipboard05

 

Czego chcieć więcej? No może mojej
lustrzanki i jeszcze kogoś, kto był z nią biegł
na wyciągnięcie ręki 🙂

 

Clipboard06

 

Z samego biegu niewiele potrafię zrelacjonować. Nie pilnowałam tempa. Nie zapamiętałam trasy. Monitorowałam tylko upływające kilometry. Za to doskonale pamiętam widok białej kopuły cerkwi w Łopiennikach, wystającej ponad drzewa i grupę mężczyzn, ludzi z lasu, w wielkich wyciszających słuchawkach, pracujących z wykaszarkami w lesie, którzy nawet nie zauważyli przebiegającej obok bandy dziwnie ubranych ludzi 🙂

 

 

Były ostre zbiegi i strome bolące podejścia, a przy tym ciągły monitoring oznaczeń szlaków na
drzewach. Pomylenie trasy oznaczało dodatkowe kilometry. O nie, ja nie mogłam sobie na to pozwolić, nie wiedząc ile kilometrów mam do mety 🙂

Na szczycie Korbania, wieżaClipboard07 widokowa, a na niej ludzie Rzeźnika 🙂 W nagrodę za wdrapanie się po drewnianych schodkach,
otrzymałam na rękę kolejną opaskę – nowe wskazówki na dalszą część trasy.

Clipboard08

 

 

I teraz długo w dół. To musiało oznaczać, że za chwilę będzie też nowe długie podejście. Nie myliłam się 🙂 Wyglądało imponująco i nie miało końca 🙂 Był czas na zjedzenie żelu i aktualizację relacji online z Arturem, moim wirtualnym partnerem tego biegu, który nie mógł dotrzeć w tym roku na start. Jakże cudnie smakował szczyt 🙂 Po drugiej jego stronie, zbocze usypane było mokrymi liśćmi. Idealne warunki, by w czerwcu móc zjechać z górki. Już na dole przekroczyłam granicę lasu, a żółte taśmy wskazały kierunek na drogę szutrową. Nogi potrzebowały chwili, żeby oswoić się z płaskim i twardym podłożem. Był 20 km. Na trasie spotkałam człowieka, który zaproponował grę – papier kamień nożyce. Wygrałam 🙂 dzięki temu mogłam zacząć wbiegać na przygotowaną pętelkę od bardziej komfortowej strony. Nie miało to znaczenia dla mojego wyniku, a i tak był miło, jak przy wygraniu big milka 🙂 Powrót na szutrówkę i strzałka nakazująca powrót do lasu. Na drodze pojawiła się koryto rzeki, od
której dzieliło mnie ostre zejście. Na jej drugim brzegu, równie strome podejście.Clipboard09

 

I zaskoczenie. Meta! Tuż po wyjściu z zarośli. Tak, już? Bez finiszu? 🙂Clipboard10
Na mecie czekał medal i Adam 🙂 Do Cisnej mieliśmy ok.1,5km. Był czas na wylanie z siebie pierwszych wrażeń. Zbliżała się 9, więc dzieci przywitały mnie jeszcze w piżamach. Jak pysznie smakowało wspólne śniadanko 🙂

Dominika Banaszek
Ok 25km/3godz.51min.
Open/61
K30/6

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *