Cztery dychy, czyli jakby maraton zaliczony-relacja Daniela Stonia z 4. Dychy w Lublinie

logo_dychaW niedzielę 9 kwietnia 2017, poza 10. PKO Półmaratonem Rzeszowskim, w którym udział brała dwójka naszych biegusiów, biegaliśmy również w Lublinie, w sile dwudziestu reprezentantów naszej biegusiowej rodzinki. W ten oto sposób świetnie się dopasowaliśmy, bo była to również 20 jubileuszowa dyszka do maratonu. Z kronikarskiego obowiązku należy zaznaczyć, że w tym dniu swój debiut, trywialnie mówiąc, zaliczyła nasza nowa biegulaska Ania Suwała, czyli rodzynek radomskiej filii biegusiem.pl.
A skoro już mowa o świeżakach, to należy również wspomnieć o naszym równie świeżym nabytku, czyli o Katarzynie Iwaniuk-Mroczek, która wystąpiła w roli gospodarza i poza odbiorem naszych pakietów, zatroszczyła się o stosowny wikt i opierunek, przepraszam wikt i trunek.
Czwarta dycha, podobnie jak pierwsza, odbywała się na Słonecznym Wrotkowie. Gdyby nie wiatr, to można by powiedzieć, że pogoda była idealna do biegania. Choć Dagmara miała o tym całkiem odmienne zdanie, to jednak wkurw na zbyt niską temperaturę sprawił, że dzięki temu poprawiła swoją życiówkę.
W odróżnieniu od pierwszej dyszki, start został zlokalizowany w innym miejscu, dzięki czemu mimo rekordowej liczby zawodników, odbył się znacznie płynniej niż poprzednim razem. Z racji tego, iż pierwszy odcinek z górki a potem po płaskim, więc tempo początkowe dość mocne. Jednak Lublin, nie byłby Lublinem, gdyby zaraz nie zrobiło się pod górkę. Może nieznacznie, ale dalsze kilometry były już pod górkę. Ponieważ zgodnie z rozpiską trenerską, dzisiejszy mój trening miał przebiegać w wolniejszym tempie, więc aby to wypośrodkować ustaliłem sobie tempomat na 6:20 i starałem się utrzymywać równe tempo od startu do mety, przecież 10 kilometrów przebiegniętych w półgodziny czy godzinę, to nadal 10 kilometrów.
Gdzieś w okolicach 2 kilometra dogonił mnie Łukasz, który ambitnie poszukiwał Dagmary, lecz tym razem żona spłatała mu psikusa i ostro wystartowała ze strefy 45, także musiał gonić dalej, a ja dalej biegłem swoim spokojnym tempem. Moje wysiłki zostały szybko wynagrodzone, bo oto pojawił się RunVentura ze swoim aparatem i dzięki temu mam komplet zdjęć z tej edycji Czterech dych do maratonu.
Clipboard01
Pamiętam moje zaskoczenie przy pierwszym moim spotkaniu z RunVenturą, kiedy to podbiegł do mnie, zrobił zdjęcie i pognał do następnych zawodników. Na wysokości 3 kilometra wyprzedził mnie zawodnik z przyczepionymi balonikami, na których widniała cyfra spędzająca mój sen z powiek, czyli 60:00. Myślę sobie, jest dobrze, może tym razem uda się wreszcie złamać tą magiczną cyfrę. Jednak pan z balonikami nieznacznie acz systematycznie oddalał się ode mnie, a z nim mój koszmar. Mając w pamięci moje męczarnie po szóstym kilometrze na pierwszej dyszce, postanowiłem twardo trwać przy swoim założonym tempie, a jeżeli pod koniec wystarczy sił, to przyśpieszę jeszcze bardziej.
Po piątym kilometrze zaczynam o dziwo wyprzedzać spore grono biegaczy. To były ofiary swojej ułańskiej fantazji i niesieni emocjami na starcie, zbyt ostro zaczęli swój bieg, a teraz właśnie zaczynali odczuwać tego skutki. Nie będę ukrywał, że przynosiło mi to pewną dozę satysfakcji.
W okolicach szóstego kilometra dogoniłem Pioto, który na swoje nieszczęście postanowił wystartować w nowych butach, co ostatecznie okazało się kiepskim pomysłem. Po kilkuset metrach Pioto zebrał się w sobie i na jakiś czas oddalił się ode mnie, jednakże od 9 kilometra biegliśmy ponownie razem. Wspólny bieg zakończył się tuż zaraz za sławetnym podbiegiem, który poprzednim razem pokonałem ułańską szarżą myśląc, że zaraz za nim jest meta, lecz jak się okazało mety tam nie było i trza było drałować jeszcze 500 metrów, na szczęście już z górki. Tym razem podbieg pokonałem z godnością i szacunkiem, żeby te ostatnie metry do mety pokonać w strefie komfortu, a nie jak ostatnio podążać w stronę światła. W ten oto sposób udało mi się przekroczyć linię mety i choć mój czas okazał się nieznacznie gorszy, od czasu osiągniętego na tej samej trasie przy okazji pierwszej dychy, to jednak miałem powody do zadowolenia, gdyż udało mi się równo, bez większych kryzysów pokonać ten dystans.
Naglony innymi rozlicznymi obowiązkami, zmuszony byłem opuścić zacne biegusiowe towarzystwo i choć Kasinej szarlotki nie jadłem ni izotonika nie piłem, to jak zwykle w tym niebieskim gronie świetnie się bawiłem.
Teraz przed nami krótka świąteczna przerwa, a już 23 kwietnia spotykamy się w Warszawie, gdzie czekają nas dwa emocjonujące pojedynki na królewskim dystansie, czyli Olsen vs 2:59:59 i Grzegorz zwany Polko vs Paweł zwany Szejkiem.17800178_1285550574874530_1515777683493162211_n

Wyniki biegusiem.pl:
128. Grzegorz Walasek         39.59
232 Krzysiek Kwiatkowski     42.37
292 Kamil Krawczak              43.32
499 Tomasz Głodek               46.15
642 Katarzyna Iwaniuk-Mroczek  48.01
644 Piotr Józefowicz               48.01
651 Sebastian Bukowski        47.46
718 Michał Prządka               48.08
790 Tomasz Nesterowicz       49.01
855 Anna Suwała                   50.07
918 Jacek Popiołek                 50.46
990. Łukasz Widz                   51:43
1170 Łukasz Timoszuk           53.47
1171 Paweł Terlikowski          54.34
1339. Rafał Machnicki           57:07
1343 Sylwia Kaźmierczak      56.35
1358. Magdalena Golis          57:48
1452 Dagmara Timoszuk       59.32
1612 Piotr Bany                01.04.39
1616 Daniel Stoń              01.05.19

Ukończyło 1677 osób

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *